Szkoła na Opak

W liceum im. Archimedesa pojawia się nowy nauczyciel chemii, a wraz z nim zaczyna się seria absurdalnych zdarzeń, które wciągają Michała i Lenę w coś zdecydowanie większego niż zwykła lekcja.

W Liceum im. Archimedesa zwykle nic się nie działo. Jeśli ktoś chciał emocji, musiał zadowolić się tym, że w stołówce skończył się sok albo że ktoś znowu przykleił komuś długopis do ławki. Największą szkolną legendą wciąż pozostawał różowy rower dyrektora, ale nawet to po czasie wyblakło do poziomu „no, było, minęło”.

Wtorek zaczął się dokładnie tak, jak lubiły to szkolne nudy: dzwonek, szelest zeszytów, ziewanie w najlepsze i spojrzenia uczniów, które pytały bez słów: „to ma być lekcja czy kara?”. Michał siedział w trzeciej ławce od okna i udawał, że notuje, choć naprawdę obserwował krople deszczu ścigające się po szybie. Lena obok gryzła końcówkę długopisu i już po jej minie było widać, że chemia nie zamierza dziś zostać jej ulubionym przedmiotem.

Wtedy otworzyły się drzwi.

Do klasy wszedł nowy nauczyciel. Nazywał się profesor Eugeniusz Wymysłek i wyglądał tak, jakby ubierał się po omacku w szafie pełnej przypadkowych cudów. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, marynarka była zbyt duża o co najmniej dwa rozmiary, a z kieszeni wystawał mu kawałek sznurka, dwie kredy i coś, co mogło być łyżeczką albo bardzo małym kluczem.

Profesor rozejrzał się po klasie, uśmiechnął szeroko i zamiast się przedstawić, wyciągnął z teczki gumową kaczkę.

Przez chwilę nikt nawet nie mrugnął. Potem ktoś z ostatniej ławki zakrztusił się ze śmiechu. Michał spojrzał na Lenę, a Lena na Michała. Oboje mieli miny ludzi, którzy właśnie zorientowali się, że ten dzień może nie skończyć się normalnie.

Profesor podszedł do stołu, postawił kaczkę na blacie i nalał do kolby gęsty, różowy płyn. Nikt nie widział, skąd go wytrzasnął. Płyn lekko iskrzył, jakby był obrażony, że trafił do szkolnej sali.

Wrzucił do kolby łyżeczkę cukru.

Nic.

Dodał szczyptę białego proszku.

Nic.

Nachylił się nad naczyniem tak blisko, że jego okulary niemal dotknęły szkła, i wtedy z kolby wystrzelił obłok kolorowych konfetti.

Klasa wybuchła śmiechem i okrzykami. Papierowe skrawki posypały się na ławki, włosy i zeszyty. Michał odruchowo zasłonił twarz, a Lena parsknęła tak głośno, że aż profesor spojrzał w ich stronę.

Tyle że to nie był jeszcze koniec.

Gdy konfetti opadło, Kazik zniknęła z biurka.

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, coś żółtego przemknęło po podłodze, odbiło się od nogi krzesła i z zawrotną prędkością poturlało się w stronę drzwi. Klamka drgnęła, drzwi uchyliły się same, a Kazik wystrzeliła na korytarz, jakby doskonale wiedziała, dokąd biegnie.

W tej samej chwili w otwarte okno wpadł zziębnięty gołąb. Uderzył łapkami o parapet, zatrzepotał skrzydłami i zrzucił na podłogę fioletową kopertę, której nikt wcześniej nie widział.

Koperta zasyczała cicho.

Michał i Lena spojrzeli po sobie. Profesor Wymysłek przestał się uśmiechać.