W liceum im. Antoniego Gwoździa pojawia się nowy nauczyciel fizyki. Kuba i Zośka szybko odkrywają, że z Profesorem Flejserem nie da się nudzić, a szkolne korytarze skrywają coś znacznie dziwniejszego niż sprawdzian.
Kuba wszedł do klasy 2B Liceum Ogólnokształcącego im. Antoniego Gwoździa z tym nieprzyjemnym uczuciem, że coś już jest nie tak, choć jeszcze nic się oficjalnie nie wydarzyło. To nie był zwykły poranek. Zbyt wiele osób szeptało o nowym nauczycielu fizyki, a plotki w tej szkole potrafiły rosnąć szybciej niż grzyb po deszczu.
– Mówią, że poprzednia szkoła Flejsera zniknęła z internetu – szepnęła Zośka, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. – Nie ma strony. Nie ma zdjęć. Nie ma nic.
– Super. Czyli albo jest geniuszem, albo działa w szkole pod przykrywką – mruknął Kuba, rzucając plecak obok ławki.
Zośka parsknęła śmiechem, ale zamilkła, gdy drzwi klasy otworzyły się bez pukania. Najpierw do środka wszedł zapach czegoś dziwnie ziołowego, potem długie nogi w kraciastych spodniach, a na końcu sam Profesor Flejser. Miał płaszcz jak detektyw z taniego filmu, fryzurę w stanie wojny totalnej i pod pachą coś, co wyglądało jak laptop z epoki dinozaurów, tylko obwiązanego sznurkiem do suszenia prania.
– Dzień dobry! – zawołał z takim entuzjazmem, jakby właśnie wygrał konkurs na najgroźniejsze wejście do sali lekcyjnej. – Witam was w świecie prawdziwej fizyki. Tu rzeczy zwykłe potrafią zachowywać się skandalicznie.
Wyjął z plecaka gumową kaczkę, chromowaną łyżkę i słoik żelków. Otworzył stojącą na katedrze szklaną kulę po rybkach i wrzucił wszystko do środka z miną człowieka, który dokładnie wie, co robi. Albo świetnie udaje.
– Dziś sprawdzimy, co się dzieje, kiedy do energii potencjalnej doda się odrobinę odwagi i bardzo zły pomysł – oznajmił.
W klasie zapadła taka cisza, że słychać było, jak ktoś w ostatnim rzędzie nerwowo przełyka ślinę. Kuba poczuł, że ma spocone dłonie. Zośka odłożyła telefon. Nawet najgłośniejszy klasowy pewniak siedział nieruchomo jak mebel po przejściach.
Flejser wziął kaczkę, spojrzał na nią z powagą większą niż komisja maturalna, po czym wrzucił ją do kuli i zamieszał łyżką. Coś cicho brzęknęło, a żelki zaiskrzyły w niepokojąco niebieskim świetle.
– Kto zgadnie, co powstanie, jeśli połączy się wyobraźnię, ładunek i odrobinę chaosu? – zapytał profesor.
Nie zdążył odpowiedzieć nikt, bo nagle z głośnika w suficie odezwał się szkolny komunikat: – Kuba Kwiatkowski i Zofia Mazur proszeni są do sekretariatu.
Cała klasa odwróciła się jednocześnie. Kuba i Zośka spojrzeli na siebie z tym samym pytaniem: za co, skoro nic jeszcze nie zrobili?
Flejser uśmiechnął się pod nosem.
– Uważajcie na przejścia międzywymiarowe na korytarzu – powiedział, jakby ostrzegał przed śliską podłogą.
Schodzili po skrzypiących schodach w stronę sekretariatu, ale przy bibliotece Kuba zatrzymał się jak wryty. Z środka dobiegał metaliczny stukot, jakby ktoś walił kluczem w rurę, oraz przytłumiony szept:
– Hasło. Podaj hasło.
Drzwi do ciemnego pomieszczenia uchyliły się same. W środku pulsowało zimne, niebieskie światło, a cienie na ścianach wyginały się nienaturalnie, jakby próbowały uciec przed własnymi właścicielami.
Zośka przełknęła ślinę.
– Kuba...
Chłopak zrobił krok do przodu i zobaczył na podłodze coś, co wyglądało jak ślad po kółkach od szkolnego krzesła, tylko prowadzący nie do biblioteki, lecz w głąb ciemności. A potem z wnętrza pomieszczenia rozległ się głos Profesora Flejsera:
– Skoro już przyszliście, to nie stójcie w progu. Uruchomiło się coś, czego nie powinno być w żadnym szkolnym budynku.