Szkoła Pod Dębowym Liściem i znikający dzwonek

W niezwykłej szkole na skraju miasta ginie dzwonek oznaczający przerwy. Zosia, Filip, Nina i Tymon ruszają tropem, który prowadzi ich do szkolnej piwnicy.

Na końcu Ptasiej Ulicy, tuż przy wielkim parku, stała szkoła Pod Dębowym Liściem. Bluszcz wspinał się po jej ścianach, a na środku boiska rósł stary dąb, tak rozłożysty, że w jego cieniu mogła zmieścić się cała klasa.

To właśnie tutaj uczyli się Zosia, Filip, Nina i Tymon. Zosia zawsze nosiła dwa warkoczyki i szkicowała w zeszycie smoki, które wyglądały, jakby zaraz miały zionąć ogniem. Filip wiedział wszystko o wszystkim, nawet o nietoperzach śpiących zimą w szkolnej piwnicy. Nina lubiła zaglądać do najstarszych książek w bibliotece, a Tymon potrafił rozśmieszyć każdego, zwłaszcza wtedy, gdy nikt nie miał na to ochoty.

Tego ranka w szkole działo się coś dziwnego. Dzwonek, który zwykle oznajmiał przerwy, zniknął.

Nie był to zwykły dzwonek. W Pod Dębowym Liściem zamiast brzęczenia rozlegał się śmiech srok nagrany przez pana Skowronka, woźnego i wynalazcę. Gdy dźwięk nagle ucichł, wszystko się pomieszało. Nauczycielka matematyki została przy tablicy o wiele za długo, a w bibliotece pani Basia czytała bajkę tak długo, że kilku uczniów zaczęło podejrzewać, iż obiad przepłynął już gdzieś daleko za szkolne okna.

Przyjaciele spotkali się pod dębem wtedy, gdy wszyscy tylko zgadywali, czy to już przerwa, czy jeszcze lekcja. Tymon pierwszy przerwał ciszę.

"To brzmi jak psota" - powiedział, rozglądając się z błyskiem w oczach.

"A może ktoś naprawdę nie chciał, żeby dziś były przerwy" - mruknęła Nina.

Filip wyjął z kieszeni małą lupę, którą nosił zawsze, na wszelki wypadek. "Jeśli dzwonek zniknął, to musiał zostać jakiś ślad" - stwierdził.

Zosia spojrzała na nich po kolei i skinęła głową. "Najpierw sprawdzimy, kiedy widziano go po raz ostatni. Potem zajrzymy do piwnicy. Pan Skowronek trzyma tam swoje wynalazki."

Korytarz prowadzący pod szkołę był chłodny i cichy. Skrzypiały drzwi, na ścianach wisiały stare mapy, a obok nich migotały tajemnicze przełączniki, których nikt nie lubił dotykać. Im głębiej schodzili, tym bardziej czuć było wilgoć i kurz.

Wreszcie weszli do piwnicy. W półmroku coś błysnęło.

Przez moment wszystko zastygło. A potem zza jednych z drzwi dobiegł ich cichy, metaliczny stukot. Zaraz po nim rozległ się dźwięk, który na pewno nie był nagraniem srok.

Czwórka przyjaciół podeszła bliżej. Z każdym krokiem serca biły im mocniej.

Za drzwiami ktoś, albo coś, poruszyło się jeszcze raz.