Trzynastoletnia Nina trafia do szkoły, w której stary dąb i lekcje magii skrywają sekret znacznie bliższy, niż ktokolwiek się spodziewa.
Nina zatrzymała się na środku szkolnego dziedzińca i uniosła wzrok na dąb, który wyrastał nad budynkiem jak strażnik. Był ogromny, rozłożysty, starszy od samej szkoły, a jego cień spływał po bruku tak gęsto, że nawet w południe pod koroną panował półmrok. Kora pękała w długich, poszarpanych bruzdach, jakby drzewo kiedyś ocalało z czegoś, co zostawiło po sobie ślady pazurów.
Pierwszy dzień w Szkole Podstawowej nr 17 i tak miał już w sobie dość napięcia, bez tej dziwnej ciszy, która wisiała nad dziedzińcem. Młodsi uczniowie ustawiali się do zdjęć, śmiali się zbyt głośno, udając, że pod „legendarnym” dębem nic szczególnego się nie dzieje. Nina widziała jednak, że niektórzy przestają mówić, kiedy tylko stają w cieniu drzewa. Jakby coś w powietrzu zaciskało im gardła.
— To tylko stary pień z historią na wyrost — powiedziała Ala, która pojawiła się obok niej bezszelestnie i rzuciła plecak na ramię. — W tej szkole każdy ma jakąś opowieść do sprzedania. Najlepiej tę straszną.
Ala uśmiechała się odważnie, ale Nina zauważyła, że nie podchodzi bliżej niż na krok od granicy cienia.
Włożyła dłoń do kieszeni kurtki i dotknęła małego notesu. Od kiedy zaczęła zapisywać w nim rzeczy, których nie umiała wyjaśnić, zdarzało się ich coraz więcej. Czasem atrament na chwilę sam poruszał się po kartce. Czasem pojedyncze słowa pojawiały się, zanim zdążyła je zapisać.
Tym razem dzwonek nie zabrzmiał zwyczajnie. Był cichszy, niż powinien, jakby ktoś stłumił go pod wodą. Kiedy uczniowie ruszyli do środka, Nina sprawdziła plan lekcji jeszcze raz. „Magia praktyczna” w sali 207 wyglądała jak pomyłka, żart albo test dla nowych.
Nie była to pomyłka.
W sali 207 czekał pan Ruczaj. Wysoki, szczupły, z twarzą tak nieruchomą, że trudno było odgadnąć, czy patrzy na uczniów, czy prześwietla ich na wylot. Miał ciemny płaszcz, który zdawał się chłonąć światło z okna, i uśmiech, przez który Nina poczuła nieprzyjemny dreszcz.
— Witajcie wśród Cieni — powiedział. — Dzisiaj nauczycie się widzieć to, czego inni wolą nie zauważać. Niektórzy z was mogą uznać to za zbyt późne.
Zanim zdążyła się zastanowić, co to miało znaczyć, jej notes drgnął w dłoniach. Otworzył się sam.
Na czystej stronie pojawiły się cienkie, pośpieszne litery:
Uważaj na cień pod dębem.
Nina znieruchomiała. Spojrzała na Alę, ale ta wpatrywała się właśnie w pana Ruczaja, jakby próbowała zdecydować, czy ma się śmiać, czy uciekać.
W tej samej chwili światło w klasie przygasło.
Nie na moment, nie jak przy chmurze za oknem. Przygasło tak, jakby coś wielkiego stanęło między słońcem a szkołą. Z sufitu spłynął chłód, a po ścianie przesunął się długi, niemożliwie wyraźny cień dębu z dziedzińca. Wolno, bezdźwięcznie wpełzł przez uchylone okno i rozciągnął się aż pod tablicę.
Nina wstrzymała oddech.
Cień nie zachowywał się jak cień. Zatrzymał się. Zawahał. Potem uniósł się od podłogi i wyciągnął w jej stronę coś, co wyglądało jak ręka.