Lena, Olek i Iga widzą coś, czego nikt inny nie dostrzega: niewidzialną kopułę nad szkołą. Gdy przekraczają jej granicę, w ich ciałach budzą się dziwne moce, a ze środka budynku dobiega zielone światło.
Na ulicy Stokrotkowej, tuż przy starym parku, stała szkoła, która w dzień wyglądała zupełnie zwyczajnie. Szare mury, wysoka brama, boisko, kilka lip za płotem. Nic, co przyciągałoby uwagę. A jednak Lena, Olek i Iga od tygodni wiedzieli, że z tą szkołą jest coś nie tak.
Co czwartek, dokładnie o północy, nad budynkiem pojawiała się niewidzialna kopuła. Nie dało się jej dotknąć ani usłyszeć, ale gdy księżyc był wysoki, rysowała się w powietrzu jak szkło. Dorośli przechodzili obok i nic nie zauważali. Tylko oni widzieli, jak błękitny blask spływa po dachu i zamyka szkołę w ciszy.
Tego wieczoru nikt z nich nie chciał pierwszy powiedzieć: chodźmy. A potem zegar na wieży kościoła wybił dwunastą i coś popchnęło ich wszystkich w stronę ogrodzenia.
Przeszli pod gałęziami lip, minęli cień boiska i stanęli dokładnie tam, gdzie kończyła się zwykła noc, a zaczynało coś innego. Lena zrobiła krok naprzód. Powietrze zadrżało.
Najpierw poczuła w dłoniach lekkie mrowienie. Potem Olek przystanął gwałtownie i złapał się za uszy, jakby usłyszał za głośny pisk. Iga odwróciła głowę i zamarła.
Jej cień na murze poruszył się sam.
Nie naśladował już jej ruchów. Przeciągnął się leniwie, jak rozbudzony kot, i uniósł jedną łapę, jakby chciał przywitać się z dziewczyną.
— Widzicie to? — szepnął Olek.
Zanim ktokolwiek mu odpowiedział, latarki zaczęły wirować w ich rękach, a wokół nich zatańczyły drobne, kolorowe iskry. Lena spojrzała na swoje palce i cofnęła dłoń z krzykiem — przez sekundę były przezroczyste.
— To nie jest możliwe — wyszeptała Iga, ale jej głos zabrzmiał dziwnie cienko, jakby odbił się od pustych ścian.
W tym samym momencie z wnętrza szkoły, zza szyb starej sali gimnastycznej, błysnęło zielone światło. Drzwi na parterze skrzypnęły i zaczęły się same otwierać.