Nowy uczeń odkrywa w swojej szkole ślad prowadzący do ukrytego miejsca. Razem z Leną trafia na trop zagadki sprzed lat, a stary zegar zaczyna zachowywać się tak, jakby coś ukrywał.
Kiedy Staś przekroczył próg Liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, miał wrażenie, że wszyscy już wiedzą o nim za dużo. Nowe miasto, nowa szkoła, obce twarze i ten ścisk w żołądku, który nie znikał od rana. Mama nazywała to świeżym startem, ale na razie wyglądało to raczej na wejście do miejsca, które nie zamierza od razu nikogo przyjmować.
Szkoła była stara, wysoka i pełna półmroku nawet w biały dzień. W auli wisiał ogromny zegar w zdobionej ramie, a na korytarzach ciągnęły się rzędy drzwi, wszystkie podobne, wszystkie zamknięte. Staś szedł ostrożnie, z plecakiem zaciśniętym na ramieniu, kiedy nagle ktoś wpadł na niego tak mocno, że odsunął się o krok.
– Uważaj, nowy – powiedziała dziewczyna z ciemnym warkoczem i błyskiem rozbawienia w oczach. Wyciągnęła do niego rękę. – Lena. Nie przejmuj się, ja też kiedyś tu błądziłam jak duch.
Zanim zdążył odpowiedzieć, już prowadziła go korytarzem, tłumacząc szeptem, gdzie lepiej nie siadać, które schody skrzypią najgłośniej i przy jakich oknach w marcu słońce oślepia przez całą pierwszą lekcję. Staś po raz pierwszy od wejścia do szkoły przestał mieć ochotę uciec.
Po zajęciach Lena zaproponowała szybki obchód. Mówili półgłosem, bo pustawa szkoła po lekcjach brzmiała inaczej niż w ciągu dnia: ciszej, ciężej, jakby ściany same nasłuchiwały. Gdy dotarli pod zegar w auli, Staś zwolnił krok. Coś nie pasowało.
Tuż pod tarczą, ledwie widoczne za kamiennym cokołem, znajdowały się małe metalowe drzwiczki.
– To zawsze tu było? – szepnął.
Lena zmrużyła oczy. – Nigdy ich nie widziałam.
Staś przykucnął. W szczelinie między drzwiczkami a ramą błysnęło coś żółtego. Zanim zdążył się wycofać, rozległ się cichy trzask i metalowy panel uchylił się o centymetr, jakby ktoś po drugiej stronie tylko czekał, aż ktoś podejdzie bliżej.
– Wyciągnij to – szepnęła Lena, nagle już bez uśmiechu.
Wsunął palce do środka i wyjął złożoną, pożółkłą kartkę. Papier był cienki, kruchy, a na nim widniał odręczny plan szkoły z czerwonym krzyżykiem zaznaczonym w miejscu, którego nie pokazywał żaden znany korytarz.
– To wygląda jak mapa – wydusiła Lena.
W tej samej chwili z wnętrza zegara dobiegły dwa metaliczne uderzenia. Nie jak zwykłe tykanie. Jak sygnał.
Staś podniósł wzrok.
W pustym skrzydle szkoły rozległy się powolne kroki.