Szkoła Podziemnych Talentów

W alternatywnej Warszawie dwoje nastolatków odkrywa, że ich niezwykłe zdolności nie są przypadkiem. Jedno spotkanie w tramwaju wciąga ich w sprawę Szkoły Podziemnych Talentów.

Warszawa, 2041. Miasto żyło na powierzchni swoim zwykłym rytmem: korki, neonowe reklamy, tramwaje pełne spóźnionych ludzi i szum ulic, który nigdy nie cichł. Ale pod brukiem, pod tune­lami, pod całym tym codziennym hałasem istniał drugi świat. Sieć korytarzy, starych kanałów i ukrytych przejść prowadziła do miejsca, o którym większość warszawiaków nie miała pojęcia. Do Szkoły Podziemnych Talentów.

Maks od miesięcy próbował wmówić sobie, że wszystko, co się z nim dzieje, da się jakoś racjonalnie wyjaśnić. Tylko że czasem, w najmniej odpowiednim momencie, świat zamierał. Kropla deszczu wisiała w powietrzu, autobus stawał w pół ruchu, ludzie zastygali z otwartymi ustami, a on jedyny mógł zrobić krok, dwa, trzy, jakby ktoś na kilka sekund wyłączył resztę rzeczywistości. Za każdym razem, gdy czas ruszał z powrotem, czuł w skroniach pulsujący ból i to samo jedno pytanie: co ze mną jest nie tak?

Nie powiedział o tym nikomu. Nawet Marii, która znała go od dziecka i potrafiła wyczuć jego humor po samym oddechu. Z Marią też działo się coś, czego nie dało się zbyć żartem. Ostatnio widziała ludzi inaczej niż wszyscy. Nad jednymi unosiła się ciepła, pomarańczowa poświata, nad innymi szorstka zieleń albo lodowaty błękit. Emocje miały kolory, intencje miały ciężar, a kłamstwa iskrzyły się przy samych ustach. Im dłużej to trwało, tym trudniej było jej udawać, że to tylko zmęczenie albo nadmiar nauki.

Szukała odpowiedzi po nocach. Przekopywała fora, stare artykuły, archiwalne notki, aż natrafiła na zdanie, które nie chciało jej wyjść z głowy: Talent to zaproszenie. Odpowiedz, jeśli chcesz wiedzieć, kim jesteś. Nie wiedziała, kto to napisał ani dla kogo był ten komunikat. Wiedziała tylko, że od tamtej chwili wszystko zaczęło układać się w zbyt dziwny wzór.

Spotkali się jak zwykle na przystanku tramwajowym, pod zimnym światłem latarni i ekranem, który migał rozkładem jazdy. Maks przyjechał pierwszy, nerwowo wpychając dłonie do kieszeni kurtki. Kiedy zobaczył Marię, od razu spuścił wzrok, po czym wyrzucił z siebie:
– Muszę ci coś powiedzieć. I to nie poczeka.

Maria odwróciła się ku niemu i zamarła. Nad jego głową nie było zwykłej poświaty. Widziała srebrzyste, drżące smugi, jakby ktoś rozciągnął wokół niego cienką pajęczynę światła. Jej własny sekret odpowiedział na to chłodnym dreszczem. Już miała zacząć mówić, gdy z sykiem otworzyły się drzwi nadjeżdżającego tramwaju.

W środku, między śpiącym starszym mężczyzną a dziewczyną z reklamówką, siedziała ktoś, kogo oboje kojarzyli ze szkoły, choć nigdy nie zamienili z nią słowa. Długi grafitowy płaszcz, czarne rękawiczki, twarz spokojna aż do niepokoju. Kiedy ich zobaczyła, nie odwróciła wzroku ani na chwilę.
– Jeśli chcecie zrozumieć, co się z wami dzieje, wysiądźcie ze mną za dwa przystanki – powiedziała cicho. – To nie będzie czekać.

Maks poczuł, jak przyspiesza mu puls. Maria spojrzała na kobietę jeszcze raz i zobaczyła wokół niej aurę, której nie dało się pomylić z niczym innym: czarną jak dym, a jednocześnie rozsypaną w niej były drobne, srebrne błyski, jak gwiazdy uwięzione w nocy. Tramwaj wjechał w tunel, światła na moment przygasły, a sekundnik w zegarku Maksa stanął.