Na szkolnej wycieczce zgubiłem się w lesie i trafiłem na kamienne przejście, które nie powinno tam istnieć. Gdy dotknąłem wyrytego znaku, wszystko nagle się zmieniło...
To miała być zwyczajna szkolna wycieczka. Trochę marszu po lesie, kilka uwag o drzewach, odrobina nudy i powrót do autobusu przed obiadem.
Zamiast tego zgubiłem się wśród drzew.
Wystarczyła chwila. Zatrzymałem się tylko na moment, żeby zawiązać buta. Kiedy podniosłem głowę, klasa już zniknęła między pniami. Nie słychać było ani śmiechu, ani głosu pani od przyrody. Tylko wiatr szurał w gałęziach.
– Halo? – zawołałem cicho. Potem głośniej: – Jest tam ktoś?
Cisza odpowiedziała mi pierwsza.
Ruszyłem przed siebie, starając się iść po własnych śladach, ale po chwili las zaczął wyglądać dziwnie. Drzewa stały zbyt równo, jakby ktoś je ustawił specjalnie. Ścieżka skręcała tam, gdzie wcześniej jej nie było. A powietrze, zamiast pachnieć sosnami i mchem, miało w sobie coś chłodnego i starego.
Wtedy zobaczyłem coś, co sprawiło, że przystanąłem jak wryty.
Tuż za ścianą krzewów stało kamienne przejście. Stare, porośnięte bluszczem, z łukiem wyszczerbionym na krawędziach, jakby od dawna czekało ukryte przed światem. Wyglądało bardziej jak brama do innego miejsca niż fragment lasu.
Podszedłem bliżej.
Na kamieniu pod łukiem były wyryte znaki. Nie przypominały żadnego napisu, jaki znałem. Linie wiły się po szarej powierzchni jak zaschnięte gałęzie, a pośrodku widniał symbol podobny do oka.
Wyciągnąłem rękę.
Kiedy dotknąłem zimnego kamienia, znak nagle rozjarzył się złotym światłem. Liście zafalowały, choć przed chwilą panowała zupełna cisza. Wiatr uderzył we mnie z taką siłą, że aż cofnąłem się o krok.
I wtedy usłyszałem głos, niski i wyraźny, jakby dochodził spod ziemi:
– Nie powinieneś tu być... ale skoro już przyszedłeś...
Zamarłem. A kamienna brama powoli zaczęła się otwierać.