Trzynastoletni Michał i Ola wymykają się nocą do boru za Widuchową. W gęstwinie czekają ślady dawnych legend i ktoś, kto nie powinien znać ich imion.
Nad Widuchową zapadała noc, ale pełnia wisiała nad wsią tak jasno, jakby nie chciała dopuścić ciemności do końca. Michał stał przy płocie i patrzył w stronę boru, który zaczynał się zaraz za rzeczką. Ola huśtała nogą na spróchniałej desce i co chwilę zerkała tam, gdzie drzewa zbijały się w czarną ścianę.
— Myślisz, że naprawdę są tam te groty? — spytała cicho. — Te, o których mówiła prababcia?
Michał nie odpowiedział od razu. Od kilku dni we wsi działo się coś niepokojącego: zniknęła kura sołtyski, pies piekarza wrócił zryty błotem aż po brzuch, a na skraju dróg pojawiały się ślady, których nikt nie umiał rozpoznać. Potem prababcia wspomniała o Leszym, o Płanetnikach i o rusałkach, jakby mówiła o sąsiadach, nie o duchach z dawnych opowieści. Od tamtej chwili bór przestał być zwykłym lasem.
— Jeśli mamy to sprawdzić, to teraz — szepnął. — Zanim wszyscy zasną.
Przeskoczyli przez płot i zeszli do rzeczki. Woda była lodowata, kamienie śliskie, ale księżyc prowadził ich bladą smugą między olchami. Im głębiej wchodzili między drzewa, tym ciszej robiła się okolica. Nawet świerszcze umilkły, jakby ktoś nakazał im słuchać.
Wreszcie trafili na niewielką polanę. Pośrodku stał pień porośnięty świeżym mchem, a wokół niego, idealnie równo, leżały połyskujące kamyki. Ola przyklękła pierwsza.
— Michał... patrz.
Na ziemi widać było krąg stóp. Małych. Zbyt małych, by należały do człowieka.
Michał zdążył tylko dotknąć jednego z kamieni, gdy tuż za nimi rozległ się cichy chichot. Powietrze zgęstniało, a z krzaków wysunęła się wysoka postać o włosach splątanych z liśćmi. Na jej ramieniu siedziała sowa, nieruchoma jak wyrzeźbiona z drewna.
— Kto wszedł do mojego boru bez pozwolenia? — odezwała się istota głosem szeleszczącym jak suche gałęzie. — I skąd znacie moje imię?