Lena odkrywa ukryte drzwi w starym domu i razem z Antkiem oraz Zośką trafia do szmaragdowej komnaty. Za zielonym blaskiem kryje się ktoś, kto najwyraźniej czekał na ich przybycie.
Ciemność w kącie starego gabinetu wyglądała jak plama rozlanej sadzy. Lena przesunęła palcami po chłodnej klamce i aż wstrzymała oddech. Drzwi były wąskie, ciężkie, obite wypłowiałym drewnem, a jednak przysięgałaby, że jeszcze rano ich tu nie było. W powietrzu mieszał się zapach starych książek, kurzu i czegoś dziwnie świeżego, jak mięta po deszczu.
Za jej plecami stali Antek i Zośka. Oboje patrzyli raz na Lenę, raz na drzwi, jakby bali się odezwać i sprawić, że znikną. Tata Leny często powtarzał, że w starych domach najpierw słychać skrzypienie, a dopiero potem widać tajemnice. Tyle że te drzwi nie powinny istnieć. Nie w tym miejscu. Nie teraz.
Lena nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się bez oporu.
Po drugiej stronie nie było kolejnego pokoju, tylko szmaragdowy blask, tak intensywny, że na moment wszyscy zmrużyli oczy. Komnata lśniła jak wnętrze wydrążonego kamienia. Ściany porastały wzory z liści i wijących się gałązek, które poruszały się lekko, jakby oddychały. Światło nie spływało z lamp ani świec. Unosiło się w powietrzu, miękkie i nierealne, a pod stopami migotały zielone refleksy.
— To nie może być prawdziwe — szepnął Antek, ale już zrobił krok do środka.
W tej samej chwili jedna ze ścian drgnęła i rozsunęła się bezszelestnie, odsłaniając wąskie przejście w głąb komnaty. Z oddali dobiegł ich cichy śmiech i delikatny brzęk dzwoneczków, choć nikogo nie było widać. Zośka pochyliła się i podniosła coś z podłogi. Srebrny klucz. Ciężki, zimny, z wyżłobionym znakiem, którego Lena nie znała.
— Chyba ktoś naprawdę na nas czekał — powiedziała Zośka.
Nie zdążyli odpowiedzieć. Drzwi za ich plecami zatrzasnęły się z hukiem, a zielone światło przygasło tak nagle, jakby ktoś przesunął nad komnatą wielką dłoń. Lena poczuła lodowaty dreszcz na karku. W najciemniejszym rogu coś poruszyło się powoli. Najpierw cień, potem zarys ramion, a zaraz potem postać, która wysunęła się na środek komnaty i odwróciła ku nim twarz bez wyraźnych rysów.