W tajemniczym lesie czwórka nastoletnich zwierząt trafia na ślad miejsca, które nie powinno istnieć. Im głębiej wchodzą, tym wyraźniej las zaczyna ich obserwować.
Pod pierwszą czerwcową mgłą Starolesie wyglądało, jakby ktoś przykrył je wilgotną, srebrną tkaniną. Nico czekał przy pniu starej sosny, nieruchomy jak cień, z oczami zimnymi i czujnymi. Kiedy pojawiła się Lila, nie słychać było nawet trzasku gałązki. Wyłoniła się z zarośli tak cicho, jakby sama należała do ciemności. Filip przydreptał chwilę później, z miną kogoś, kto już żałuje, że przyszedł, ale jeszcze bardziej żałuje, że mógłby czegoś nie zobaczyć. Leon wylądował na gałęzi nad nimi i strzepnął z piór rosę.
Od kilku tygodni las nie dawał im spokoju. Nocami między drzewami przemykały nieznane odgłosy, ścieżki znikały tam, gdzie powinny prowadzić dalej, a rankiem w błocie zostawały ślady zbyt duże, zbyt głębokie, zbyt obce, żeby pasowały do kogokolwiek, kogo znali. Najgorsze było to, że niektóre drzewa rano stały trochę inaczej niż wieczorem. Niby tylko odrobina, ale w lesie pełnym starych pni taka zmiana nie umykała uwadze.
Lila rozłożyła na kamieniu mapę wyrysowaną na korze. Jej palec zatrzymał się na znaku w kształcie oka. – Tego nie było tu jeszcze trzy dni temu – szepnęła. – Ani na żadnej oficjalnej mapie. Sprawdzałam.
Filip zmrużył ślepia. – Czyli ktoś podrzucił nam coś, czego nie powinniśmy znaleźć.
– Albo właśnie po to to zostawił – mruknął Leon z gałęzi.
Nico pochylił się nad mapą. Znak nie wyglądał na narysowany. Bardziej jakby wyżłobiło go coś od środka, cierpliwie, aż kora pękła i ustąpiła. Poniżej, cienka linia prowadziła w głąb lasu, tam, gdzie nawet stare sowy omijały wzrokiem koronę drzew.
Ruszyli po zmierzchu. Im dalej szli, tym ciszej robiło się wokół, jakby las oszczędzał oddech. Zarośla zamykały się za nimi szybciej, niż powinny. Korzenie wyłaziły spod ziemi w nieprzyjaznych splotach, a na pniach co jakiś czas pojawiały się wypalone znaki, których żadne z nich nie potrafiło odczytać. Filip parskał pod nosem, Lila lawirowała między gałęziami, Leon krążył nad nimi nisko, a Nico prowadził bez wahania, choć z każdą minutą jego krok stawał się cięższy.
Wtedy drzewa rozstąpiły się nagle i stanęli na skraju polany, której nie powinno tam być. Pośrodku, między omszałymi kamieniami, pulsowało fioletowe światło, zbyt czyste, zbyt żywe, żeby należeć do zwykłego ognia. Powietrze zadrżało. Coś przesunęło się w blasku, szybko i bezszelestnie, jakby obserwowało ich już od dawna.
W tej samej chwili las ucichł tak głęboko, że Nico usłyszał własny oddech.
Zrobił krok naprzód i światło odpowiedziało mu jednym, ostrym błyskiem.