Sztorm nad Gardsfjordem

Bjørn, Eydis i Torvald wyruszają na pierwszą wyprawę z Njordheim. Sztorm zrzuca ich z kursu i wyrzuca na nieznaną wyspę, gdzie w mgle czeka coś, czego nie powinni byli znaleźć.

Jesienne noce nad Gardsfjordem miały w sobie coś z ostrza: chłodne, jasne i bezlitosne. Mgła snuła się nisko nad wodą, rozmywała brzegi i przygasała ognie w Njordheim, jakby sama zatoka chciała uciszyć osadę przed wielkim dniem.

Tego poranka wszyscy patrzyli na trójkę młodych, którzy mieli po raz pierwszy wypłynąć z dorosłymi. Bjørn, syn kowala, był z tych, którzy najpierw idą naprzód, a dopiero potem myślą o strachu. Eydis widziała dalej niż inni i słyszała więcej, niż powinna; potrafiła z jednego spojrzenia odczytać kurs, chmury i kłamstwo. Torvald poruszał się lekko jak cień między masztami i linami, a kiedy się uśmiechał, wyglądał, jakby już znał wynik każdej przeprawy.

Ich łódź, Wilczy Pazur, była smukła i świeżo wypchnięta na wodę. Czuć było żywicę, smołę i sól. Gdy odbijali od brzegu, wiosła uderzały rytmicznie o powierzchnię fiordu, a wiosenny jeszcze niedawno śmiech ustąpił miejsca napięciu, które rosło z każdym metrem oddalającym ich od osady.

Przez chwilę wszystko szło dobrze. Słońce podnosiło się nad grzbietami gór, wiatr był łagodny, a Wilczy Pazur ciął wodę pewnie i gładko. Torvald rzucił krótką pieśń o Odynie, Eydis odpowiedziała mu suchym parsknięciem, a Bjørn udawał, że nie czuje przyspieszonego pulsu. To miała być ich pierwsza prawdziwa wyprawa. Pierwsza, o której opowiada się zimą przy ogniu.

Potem horyzont zgasł.

Chmury spłynęły nisko i ciężko, jakby ktoś nagle nakrył morze czarną skórą. Wiatr uderzył z boku bez ostrzeżenia. Żagiel szarpnął tak gwałtownie, że maszt jęknął, a fala przeszła przez dziób i rozbiła się lodowatym prysznicem na twarzach młodych wojowników. Kolejny podmuch, potem następny. Morze przestało być drogą, stało się przeciwnikiem.

Bjørn zacisnął dłonie na sterze tak mocno, że pobielały mu knykcie. Eydis klęczała przy burcie, wpatrzona w spienioną toń, próbując odczytać kierunek w chaosie wody i chmur. Torvald, zbyt blady jak na swój zwyczajny spokój, przyciskał się do ławki i powtarzał coś pod nosem, bardziej z uporu niż z wiary.

Burza trwała dłużej, niż powinna. A kiedy wreszcie odpuściła, nie wiedzieli już, gdzie są.

Mgła wróciła, gęstsza niż wcześniej. Fale były niższe, ale zdradliwe, niosły Wilczego Pazura ku pasowi ciemnego piasku. Kadłub zaskrzypiał, łódź drgnęła i osiadła na brzegu z głuchym jękiem drewna. Przez chwilę nikt się nie odezwał.

To nie była znana wyspa.

Drzewa rosły tu zbyt blisko siebie, ich pnie były poskręcane, a korony kryły w sobie dziwny, zielonkawy półmrok. Powietrze pachniało mokrą korą, solą i czymś jeszcze, czymś starym i metalicznym, jakby pod ziemią spoczywało zimne żelazo. W głębi lądu migotało blade, niebieskie światło, nieregularne i niepokojące, a po chwili wiatr przyniósł niski, głęboki dźwięk bębna.

Bjørn spojrzał na Eydis, potem na Torvalda.

"Sprawdzimy to" - powiedział cicho. "Ale bez hałasu."

Ruszyli między pnie, a miękki mech tłumił ich kroki. Im dalej wchodzili, tym ciszej stawał się las, jakby coś w nim nasłuchiwało. Nagle Torvald przystanął i uniósł dłoń.

Z krzaków po prawej dobiegł ciężki oddech.

Chwilę później rozdarł ciszę róg. Między drzewami zamajaczyły sylwetki wysokich postaci, obcych i nieruchomych, a błękitne światło nagle zapłonęło mocniej, jakby właśnie usłyszało ich imiona...