Szum w ruinach starej szkoły

W wakacyjną noc Marta, Igor i Paula wchodzą do opuszczonej szkoły, żeby sprawdzić tajemnicze światło na strychu. W środku coś czeka na nich wcześniej, niż się spodziewali.

Letni zmierzch osiadał na miasteczku ciężko i lepko, jakby nawet powietrze nie chciało już drżeć od upału. Marta szła między Igorem a Paulą wzdłuż wysokiego muru starej szkoły i co chwila zerkała na ciemne okna, choć obiecywała sobie, że nie da się ponieść strachowi.

Szkoła stała od lat zamknięta na końcu ulicy, z wybitymi szybami i odpadającym tynkiem. Kiedyś straszono nią dzieci z podstawówki, teraz legendy powinny były wydawać się śmieszne. A jednak od tygodnia, prawie każdej nocy o tej samej porze, na strychu migało blade, niebieskawe światło.

– To nie jest żaden reflektor – powiedziała Paula cicho, bez odrywania wzroku od ostatniego okna pod dachem. – Widziałam je trzy razy. Zawsze znika, kiedy ktoś podejdzie bliżej.

Igor prychnął, ale już wyciągał latarkę z kieszeni. – Świetnie. To znaczy, że albo ktoś tam siedzi, albo ktoś nas podpuszcza.

Marta nie odpowiedziała. Patrzyła na budynek i miała wrażenie, że coś w jego wnętrzu oddycha. Gdy przeszli przez zarośnięty ogród, gałęzie zahaczyły jej o rękaw, a rdzawe ogrodzenie zaskrzypiało tak głośno, jakby szkoła protestowała przeciw ich obecności.

Drzwi wejściowe ustąpiły po krótkim pchnięciu. W środku uderzył ich chłód i zapach wilgoci, kurzu oraz starych książek. Latarka Igora przecięła mrok wąskim, drżącym pasmem światła. Korytarz ciągnął się przed nimi jak tunel, pełen pęknięć w ścianach i śladów dawnego życia: przewróconych tablic, pożółkłych ogłoszeń, poobdzieranych numerów sal.

Każdy krok odbijał się echem zbyt długo.

Na schodach prowadzących wyżej Paula zatrzymała się nagle i odwróciła głowę.

– Słyszeliście to?

Marta nasłuchiwała. Najpierw nic. Potem cichy, jednostajny szum, jakby coś przesuwało się po metalowej powierzchni bardzo daleko stąd. Albo tuż nad nimi.

Igor uniósł latarkę wyżej. Na półpiętrze, pod sufitem, zobaczyli smugę światła. Niebieską. Pulsującą. Dokładnie taką, jak na strychu.

Drzwi na górze były uchylone.

Marta poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Pchnęła je ostrożnie razem z Paulą, a kiedy szpara otworzyła się szerzej, szum nagle ucichł.

Na strychu ktoś stał między starymi ławkami i zasłoniętymi płachtami meblami. Trzymał w rękach coś, co świeciło bladym, nierównym światłem.

A potem ta postać powoli odwróciła głowę w ich stronę.