Szum znad Starej Cegielni

Maja i jej przyjaciele słyszą o świetle i dziwnych dźwiękach dochodzących z opuszczonej cegielni. Kiedy idą to sprawdzić, znajdują ślad, który prowadzi prosto w mrok ruin.

W Opalinie, za rzeką, której brzegi od dawna omijali nawet najodważniejsi, stała Stara Cegielnia. Porosła chwastami, pokrzywiona, poszarpana przez czas, wyglądała tak, jakby tylko czekała, żeby coś jeszcze w niej runęło. Dorośli mówili o niej półgłosem. Dzieci słyszały jedno: trzymaj się z daleka.

Dla Mai, Antka, Zuzy i Łukasza takie ostrzeżenia działały jak zaproszenie.

Tego lipcowego wieczoru powietrze było ciężkie od upału, a nad rzeką wisiała mgła, choć słońce jeszcze nie zdążyło całkiem zgasnąć. Kiedy podsłuchali rozmowę dwóch rybaków wracających z łowiska, Maja od razu przestała udawać, że jej to nie obchodzi. Jeden z mężczyzn przysięgał, że w ruinach mignęło mu światło. Drugi upierał się, że słyszał niski, przeciągły szum, jakby ktoś przesuwał po podłodze ciężki metal.

– Jutro tam idziemy – szepnęła Maja, zanim zdążyła się rozmyślić.

Spotkali się pod starym dębem i ustalili plan szybko, bez zbędnych dyskusji. Nikt nie chciał przyznać, że najbardziej ciekawiło ich właśnie to, czego nie umieli wytłumaczyć.

Nazajutrz cegielnia przywitała ich ciszą tak gęstą, że aż bolały od niej uszy. Z bliska budynek był jeszcze bardziej złowieszczy: pęknięte ściany, wybite okna, sterty dachówek rozrzucone po piasku jak ślady po cudzym pośpiechu. Maja zatrzymała się pierwsza.

– Ktoś tu był niedawno – powiedziała szeptem.

Na ziemi rzeczywiście widać było świeże odciski butów. Nie starsze niż parę godzin.

Antek uniósł latarkę, choć za dnia wydawało się to przesadne, i przesunął światłem po zewnętrznej ścianie. Nagle przystanął.

– Patrzcie.

Na cegłach ktoś wyrysował nowy znak: coś pomiędzy kompasem a okiem, zbyt precyzyjny, żeby powstał przypadkiem. Zuza od razu wyjęła notatnik i narysowała go obok innych szkiców, ale tym razem jej ręka drżała.

– To nie wygląda jak grafitti – mruknęła. – Raczej jak ostrzeżenie.

Maja podeszła do okna bez szyb. Ze środka uderzył ją chłód, zupełnie niepasujący do upalnego poranka. Wtedy usłyszała to wszyscy naraz: z głębi budynku, gdzieś spod podłogi albo niżej, z piwnicy, dobiegało ciche szuranie.

Łukasz, który wcześniej milczał, schylił się nagle i podniósł z piasku klucz. Był ciężki, stary, z ząbkami startymi jak po latach ukrywania. Na główce miał ten sam znak, który przed chwilą widzieli na ścianie.

– Skąd on się tu wziął? – szepnęła Zuza.

Zamiast odpowiedzi rozległ się głuchy stuk z wnętrza cegielni. Potem drugi. A zaraz po nim coś przesunęło się po ciemnej ścianie tak szybko, że Maja zdążyła zobaczyć tylko cień.

Wszyscy zastygli.

Z głębi piwnicy dobiegł ich jeszcze jeden dźwięk, już wyraźniejszy: jakby ktoś bardzo powoli przekręcał zamek od środka.