Siedemnastoletnia Lena trafia do opuszczonego laboratorium dentystycznego, gdzie za zamkniętymi drzwiami czeka sekret, który może zmienić jej życie i spojrzenie na higienę jamy ustnej.
Tego wieczoru Lena powinna siedzieć nad maturą. Zamiast tego stała na obrzeżach miasta, przed budynkiem, którego nikt od lat nie nazywał po prostu ruiną. Dla wszystkich był Białym Laboratorium.
Budynek miał pożółkłą fasadę, osmalone okna i płot, który dawno przestał udawać, że kogokolwiek powstrzyma. Po mieście krążyły o nim opowieści. O doktorze Żuchwie, dentysty, który podobno potrafił przywrócić nawet najbardziej zniszczony uśmiech. O pożarze, po którym zniknął bez śladu. I o słodkim, miętowym zapachu, który czasem unosił się nad ulicą po deszczu, choć miejsce od lat powinno być martwe.
Lena poprawiła plecak na ramieniu i mocniej zacisnęła palce na latarce. Przyszła tu niby przypadkiem, ale oboje z Kubą wiedzieli, że to kłamstwo. Szukała materiału do konkursowego filmu o zdrowiu, czegoś, co nie zabrzmi jak nudny szkolny wykład. Czegoś prawdziwego. Nikt nie mówił, że prawda będzie czekała za zardzewiałą bramą.
Przeszła przez dziurę w ogrodzeniu i weszła na gankowe deski, które odpowiedziały cichym jękiem. Przy drzwiach wisiała wypłowiała tabliczka. Napis był prawie starty, ale dało się odczytać jedno zdanie: Pamiętaj o nitkowaniu!
Lena parsknęła pod nosem, choć wcale nie było jej do śmiechu. Gdy nacisnęła klamkę, poczuła chłód, jakby ktoś od środka wypuścił z budynku oddech.
W środku pachniało wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, dziwnie świeżym. Latarka przecięła ciemność i zatrzymała się na metalowych półkach, rzędach starych lusterka, pordzewiałych wiertłach i dziwnej fontannie do płukania ust, która nadal cicho bulgotała, jakby podłączono ją do niewidzialnego zasilania. Na ścianach wisiały plakaty sprzed dekady: uśmiechnięte twarze, kreskówkowe bakterie i hasła o białym szkliwie, które miały brzmieć zachęcająco, a wyszły niepokojąco.
Lena weszła głębiej, coraz wolniej, aż nagle usłyszała szelest. Nie tuż przed sobą. Gdzieś dalej. W miejscu, gdzie korytarz rozdzielał się na dwa skrzydła.
Zamarła.
W prawej odnodze coś cicho stuknęło o podłogę. Potem jeszcze raz. Jakby ktoś przesuwał po kafelkach metalowe narzędzie.
Lena podniosła latarkę wyżej i zobaczyła uchylone drzwi na końcu korytarza. Przez wąską szczelinę wpadał blady, mleczny blask. Przysunęła się bliżej, wstrzymując oddech, i zajrzała do środka.
Na środku pokoju stał ogromny stojak pełen szczoteczek do zębów, ustawionych równo jak próbki w muzeum. Wokół niego krążyły małe srebrzyste kuleczki, połyskujące w świetle niczym owady zrobione z chromu. Zanim Lena zdążyła odsunąć się od drzwi, zauważyła człowieka w białym fartuchu pochylonego nad stołem.
Uniósł głowę.
Miał twarz człowieka, który nie spał od dawna, i zęby bielsze od wszystkiego w tym przeklętym budynku. Uśmiechnął się, jakby czekał właśnie na nią.
Lena cofnęła się o krok, ale wtedy nad jej głową rozległ się nagły, metaliczny szmer. Coś poruszyło się w kanałach wentylacyjnych, a z ciemności dobiegł cichy dźwięk, jakby setki małych szczoteczek ruszyły jednocześnie w jej stronę.