Tajemnica Błękitnego Lustra

Marta, Tomek i Iga trafiają nocą do opuszczonego dworku, gdzie w zamkniętym od lat pokoju czeka lustro, którego powierzchnia zachowuje się jak woda. Chwila ciekawości uruchamia coś, czego nie da się cofnąć.

Była dobrze po północy, kiedy Marta, Tomek i Iga dotarli do dworku na skraju lasu. W dzień miejsce wyglądało jak zapomniana ruina, nocą stawało się czymś gorszym: czarną plamą wśród drzew, z wybitymi oknami i dachem, który zdawał się uginać pod własnym ciężarem. Od tygodni krążyły o nim opowieści, ale właśnie dlatego tu przyszli. Na urodziny Marty nie chcieli tortu, muzyki ani zwyczajnej imprezy. Chcieli czegoś, o czym będzie się mówić szeptem.

Drzwi ustąpiły z jękiem, jakby ktoś otwierał je od środka. Wewnątrz pachniało wilgocią, starym drewnem i kurzem tak gęstym, że latarki przecinały go jak mgłę. Ich światło ślizgało się po ścianach, po odłażącej tapecie, po ramach obrazów, z których patrzyły nieruchome twarze. Każdy krok odbijał się echem zbyt długo, zbyt głośno. Tomek szedł pierwszy, ale nawet on co chwila oglądał się przez ramię.

Po kilku minutach trafili do pokoju, który wyglądał tak, jakby czas ominął go z jakiegoś powodu. Na środku stało ogromne lustro w ciężkiej, rzeźbionej ramie. Srebrzona powierzchnia nie była matowa ani zakurzona. Przeciwnie - lśniła chłodno, głęboko, jak tafla stojącej wody. Za ich plecami stare portrety zdawały się obserwować każdy ruch.

Marta podeszła bliżej pierwsza. W odbiciu jej twarz wydawała się wyraźna, ale coś się nie zgadzało. Jej cień trwał ułamek sekundy za długo, a światło latarki odbijało się od tafli pod dziwnym kątem, jakby druga strona lustra miała własną logikę.

Tomek podniósł dłoń i stuknął palcem w szkło.

Lustro odpowiedziało niskim, metalicznym drżeniem. Powierzchnia zafalowała, a po pokoju przebiegł chłodny podmuch, który zgasił jedną z latarek. W mroku rozlała się blada, niebieska poświata, najpierw ledwie widoczna, potem coraz mocniejsza, aż ściany zaczęły świecić jak pod wodą.

Iga cofnęła się o krok.

Za późno.

Marta dotknęła tafli i jej palce zapadły się w gładką, lodowatą głębię. Cofnęła rękę odruchowo, ale szkło nie puściło. Przez moment wyglądało to tak, jakby coś po drugiej stronie chwyciło ją za dłoń. Potem lustro otworzyło się bez dźwięku.

Marta zniknęła.

Tomek rzucił się do przodu i złapał ją za nadgarstek w chwili, gdy jej sylwetka zaczęła znikać w srebrzystej toni, ale zamiast ją wyciągnąć, poczuł tylko nagły, brutalny chłód i szarpnięcie, po którym sam prawie stracił równowagę. Iga krzyknęła tak głośno, że echo rozdarło cały dworek.

W pokoju zapadła cisza. Z lustra płynęło teraz światło mocniejsze niż latarki, pulsujące, jakby po drugiej stronie ktoś oddychał.

Na powierzchni pojawił się zarys dłoni. Nie Marty.

I wtedy coś poruszyło się w głębi tafli i spojrzało prosto na Tomka i Igę.