Tajemnica Błękitnego Portalu pod Starym Dębem

Michał, Lena i Bartek trafiają na dziwny znak pod starym dębem w lesie za miastem. Gdy ziemia drży, a w pniu budzi się błękitne światło, ich wyprawa zmienia się w coś znacznie większego.

Letnie popołudnie gasło powoli nad lasem za miasteczkiem. Słońce przesączało się przez korony drzew ostatnimi, złotymi smugami, a powietrze było ciężkie od żywicy i kurzu. Michał, Lena i Bartek szli coraz ciszej, jakby sama ścieżka kazała im uważać. Od miesięcy mówili o tej wyprawie, ale dopiero teraz, gdy minęli ostatnie zabudowania i weszli między drzewa, wszystko przestało wyglądać jak zwykła przygoda.

Najbardziej ciągnęło ich do starego dębu. W miasteczku krążyły o nim głupie historie: że nocą coś tam szepcze, że w pniu czasem błyska światło, że psy unikają tego miejsca. Michał nie wierzył w plotki. Chciał tylko zobaczyć drzewo, które od lat rozbudzało wyobraźnię wszystkich dzieciaków z okolicy.

To on pierwszy zauważył znak. Pod poszarpanym korzeniem, w wilgotnej ziemi, coś połyskiwało niebieskawym blaskiem. Przykucnął i odgarnął liście.

Lena natychmiast wyjęła latarkę i skierowała światło na korę. Ktoś wyrył w niej spiralę otoczoną drobnymi gwiazdkami. Znak był świeży, jakby zrobiono go dopiero wczoraj, ale drewno wokół niego wyglądało, jakby starzało się szybciej niż reszta pnia.

Bartek prychnął, choć jego głos zabrzmiał mniej pewnie niż zwykle.

Wyciągnął rękę, dotknął spirali i w tej samej chwili ziemia pod ich butami lekko się poruszyła. Najpierw ledwie wyczuwalnie, potem mocniej, jakby pod korzeniami coś przesunęło ogromny ciężar. Z pęknięcia w pniu dobiegł cichy, nieprzyjemny szum, a powietrze zgęstniało tak nagle, że Michał aż wstrzymał oddech.

Liście wokół nich zawirowały bez wiatru. Kolory lasu zaczęły się mieszać, zielenie rozmazywały się w granat i srebro, a w rozpadlinie dębu rozbłysło błękitne światło. Nie było to zwykłe światło. Drgało, pulsowało, jakby oddychało.

W szczelinie pojawił się korytarz utkany z niebieskiej poświaty, a w nim drzwi. Stare, ciężkie, zawieszone w próżni, z zawiasami świecącymi jak rozgrzany metal. Powoli się uchylały, wydając z siebie niski, zgrzytliwy dźwięk, od którego Michałowi przeszły ciarki po plecach.

Bartek pobladł. Tym razem nie zażartował.

Michał chciał odpowiedzieć, ale z głębi portalu dobiegł głuchy stuk. Potem drugi. Jakby ktoś stał po drugiej stronie i uderzał w drzwi, domagając się, żeby go wpuszczono.

Błękitne światło rozlało się po ziemi u ich stóp. Portal otwierał się coraz szerzej.