Tajemnica Czerwonego Marsa

Hania, Mani i Filip lecą na Marsa, by odnaleźć zaginionych naukowców, ale w opuszczonej bazie trafiają na znak, którego nikt nie potrafi odczytać.

Statek kosmiczny „Galaktyczny Żuk” krążył nad Marsem jak błyszczący owad nad rozpalonym piaskiem. Za grubą szybą płonęło czerwone niebo, a pod nimi falowały wydmy, które wyglądały, jakby ktoś rozlał po planecie rdzawy pył.

Hania siedziała przy oknie tak blisko, że niemal dotykała szkła nosem. Mani nerwowo obracał w palcach komunikator, a Filip co chwilę sprawdzał panel sterowania, choć od pięciu minut wszystko działało bez zarzutu.

Wysłano ich tutaj nie po przygodę, tylko po odpowiedzi. Na marsjańskiej stacji badawczej urwał się kontakt z naukowcami. Ostatni sygnał był krótki i dziwny, jakby ktoś przerwał rozmowę w połowie zdania.

— Słyszałem, że przed zniknięciem badali jakieś sygnały spod powierzchni — szepnął Mani.

— A jeśli to nie były sygnały, tylko ktoś próbował się z nimi skontaktować? — oczy Hani rozbłysły. — Albo coś tam mieszka?

Filip zerknął na nich znad pulpitu i przełknął ślinę.

— Najpierw lądujemy. Potem zgadujemy.

„Galaktyczny Żuk” opadł miękko na platformę przy stacji. Gdy otworzyli właz, do środka wdarł się marsjański pył i suchy, chłodny wiatr. W oddali stała kopuła bazy, czerwona od kurzu i nieruchoma, jakby od dawna nikt nie przekraczał jej progu.

Drzwi były uchylone.

Hania pierwsza weszła do środka. Wewnątrz panował półmrok, a jedynym dźwiękiem było ciche brzęczenie komputerów i delikatne tykanie jakiegoś urządzenia ukrytego w ścianie.

— Halo? — zawołała.

Echo wróciło do niej natychmiast, puste i zimne.

Mani stanął przy konsoli, na której migały wyblakłe kontrolki.

— Tu musiało się coś stać bardzo nagle — powiedział cicho.

Filip ruszył w stronę bocznego stołu. W cieniu, między przewróconymi notatkami, leżał niewielki srebrny klucz. Podniósł go ostrożnie. Na metalu wyryto cienkie symbole, których żadne z nich nie znało.

— Zobaczcie to — wyszeptał.

Zanim zdążyli podejść bliżej, ściana po drugiej stronie laboratorium zamigotała. Jedno światełko, drugie, potem całe pasmo drobnych punktów zaczęło układać się w wir, jakby baza nagle ożyła i próbowała coś powiedzieć.

Podłoga zadrżała im pod stopami.

Z głębi korytarza dobiegł metaliczny dźwięk, powolny i ciężki, jak krok czegoś, co dopiero teraz budzi się ze snu.