Maja, Kuba i Artur, studenci stomatologii, schodzą do opuszczonej kopalni pod miastem i trafiają na ślad legendy o fluorze, ciszy i czymś, co w ciemności oddycha zbyt równo.
Maja, Kuba i Artur, studenci trzeciego roku stomatologii, mieli dość wykładów, modeli szczęk i kolejnych godzin o zapaleniach przyzębia. Weekend miał być prosty: uciec z miasta, przewietrzyć głowy i zrobić coś, co nie przypomina dyżuru ani kolokwium. Tak trafili pod starą kopalnię, którą miejscowi nazywali Fluorową Jaskinią.
Nazwa nie była przypadkowa. Krążyła o niej dziwna historia: gdzieś w podziemiach miały spoczywać kryształy fluoru, rzekomo tak czyste, że podobno wybielały szkliwo samym blaskiem. Starsi mieszkańcy mówili o tym półgłosem, jak o czymś, z czego lepiej się śmiać tylko do pierwszego mroku. Wtedy pojawiała się druga opowieść, znacznie mniej zabawna. O zębowych duchach. O czymś, co czeka na tych, którzy lekceważą szczotkowanie, nitkowanie i wszystkie te drobne rytuały, które zwykle wydają się nudne, dopóki nie jest za późno.
Weszli do środka z latarkami czołowymi, plecakami i zbyt lekkim nastawieniem, które szybko zaczęło im przeszkadzać. Wilgoć oblepiała ściany, a na skalnych żebrach osiadał dziwny, połyskliwy nalot, przywodzący na myśl stary kamień pokryty szkliwem. W powietrzu czuć było chłód i coś jeszcze, ledwie uchwytną miętową nutę, jakby ktoś przed chwilą użył pasty do zębów w miejscu, w którym nikt od lat nie powinien stać.
Maja pierwsza zauważyła napis wydrapany w wapieniu. Litery były nierówne, ale czytelne: „Dwie minuty. Ani chwili mniej.” Pod spodem ktoś dopisał: „Trzymaj się zasad, a wrócisz.”
Kuba parsknął śmiechem, lecz zaraz ucichł, kiedy wyciągnął z plecaka tubkę pasty z fluorem, jakby sam gest miał odgonić napięcie. Artur zatrzymał się kilka kroków dalej. Jego telefon zgasł bez ostrzeżenia. Potem drugi. I trzeci, gdy Maja próbowała włączyć latarkę w aplikacji, choć jeszcze przed chwilą wszystko działało bez zarzutu.
Z głębi korytarza dobiegł ich ledwie słyszalny dźwięk. Nie skrzypienie. Nie szum. Coś pomiędzy. Rytmiczne, cierpliwe szorowanie, jakby ktoś w ciemności przesuwał po zębach włókna szczoteczki.
Wtedy z bocznego tunelu popłynął szept, tak bliski, że Maja poczuła go niemal przy uchu:
„Wypluj, jeśli chcesz przeżyć...”