Tajemnica Lśniącego Lasu

Maja i Tymek trafiają głębiej do Lśniącego Lasu niż kiedykolwiek wcześniej i odkrywają ukrytą bramę do świata magii. Kto ich wzywa i czego naprawdę szuka Zaginione Światło?

Popołudniowe słońce przeciskało się przez gęste gałęzie Lśniącego Lasu, zostawiając na ziemi złote plamy. Maja szła pierwsza, ostrożnie odgarniając paprocie, a Tymek stawiał kroki tuż za nią, ściskając w dłoni stary kompas po dziadku.

– Jeszcze kawałek – szepnęła Maja, choć sama nie była pewna, czy bardziej zachęca brata, czy siebie.

Mieszkali niedaleko lasu, ale dotąd nigdy nie zapuszczali się tak głęboko. Babcia powtarzała, że wśród tych drzew łatwo coś przeoczyć, a jeszcze łatwiej usłyszeć coś, czego nie powinno się słyszeć. Maja zwykle przewracała na to oczami. Tymek udawał odważnego. Tylko kompas zachowywał się dziwnie, bo jego igła nie chciała już wskazywać północy, lecz uparcie drżała w stronę wnętrza lasu.

W pewnej chwili Maja zatrzymała się tak gwałtownie, że Tymek omal na nią nie wpadł.

– Widzisz to? – wyszeptała.

W mchu, pod splątanymi korzeniami starego drzewa, połyskiwał kawałek kamienia. Nie zwykłego kamienia. Na jego powierzchni migotały cienkie linie, jakby ktoś wyrzeźbił znaki światłem. Tymek uklęknął i odsunął liście. Pod mchem ukazała się ciężka płyta z wyżłobionym okręgiem pośrodku.

Zrobiło się cicho. Nawet ptaki umilkły.

– To chyba jakaś klapa – mruknął Tymek, ale jego głos zabrzmiał zbyt cienko.

Maja dotknęła znaków końcami palców. W tej samej chwili kompas zadrżał jej w oczach brata, a ziemia pod nimi lekko westchnęła. Dwa pobliskie drzewa rozsunęły się powoli, jakby ktoś niewidzialny odsunął zasłonę. Pomiędzy nimi pojawił się idealny, okrągły łuk utkany z omszałych pni i splątanych gałęzi.

Za bramą nie było lasu.

Rozciągała się tam łąka, jakiej Maja i Tymek nigdy wcześniej nie widzieli: trawa mieniła się zielenią, błękitem i srebrem, a nad nią unosiły się świetliste motyle wielkości dłoni. W oddali błyskały drobne punkty światła, jakby ktoś rozsypał po powietrzu garść gwiazd.

Tymek przełknął ślinę.

– Maja...

Nie zdążyła odpowiedzieć. Coś zaszeleściło w trawie, potem jeszcze raz, bliżej. Z zagajnika wyskoczył biały królik z małymi błękitnymi skrzydłami. Zatrzymał się tuż przed nimi, poruszył noskiem i spojrzał na Maję tak, jakby znał ją od dawna.

– Nareszcie – powiedział cienkim, wyraźnym głosem. – Myślałem, że nie przyjdziecie przed zmrokiem.

Maja poczuła, jak serce mocniej uderza jej w piersi.

– Ty umiesz mówić? – spytała.

– To najmniejszy z problemów – odparł królik. Jego skrzydła drgnęły niespokojnie. – Czekałem na was. Zaginione Światło znowu gaśnie, a jeśli nie zdążycie, cień przejdzie przez bramę.

W tej samej chwili nad łąką przemknął długi, ciemny błysk. Kompas Tymka obrócił się nagle sam z siebie, a z głębi nieznanego świata dobiegł niski, dudniący pomruk.