Tajemnica na końcu fiordu

Erik i Freya z Ravnheim znajdują starą mapę prowadzącą do Skallagrim. Gdy nocą ruszają przez fiord, zaginięcie wołów zaczyna wyglądać jak początek czegoś znacznie groźniejszego.

Mgła spływała z fiordu ciężkimi pasmami i wciskała się między dachy chat krytych darnią. W Ravnheim nawet psy szczekały ciszej, jakby czegoś się bały. Erik, piętnastoletni syn kowala, od rana nie mógł znaleźć sobie miejsca. Po wczorajszej naradzie w długim domu wszyscy chodzili jak po rozżarzonych węglach, bo nocą zniknęły dwa woły, a na brzegu znaleziono tropy tak dziwne, że nawet stary myśliwy tylko splunął w piasek i odwrócił wzrok.

Freya siedziała na gałęzi starego dębu za warsztatem ojca. Miała trzynaście lat i minę kogoś, kto właśnie odkrył coś, czego nie powinien był widzieć. W dłoniach trzymała wyblakły pergamin znaleziony kilka dni wcześniej na strychu. Na mapie nie było żadnych znanych osad, tylko samotna wyspa zaznaczona na skraju morza i czerwony znak wbity w jej środek. Pod nim widniały runy, które brzmiały jak ostrzeżenie: „Tylko odważni dotrą do bram Skallagrim”.

Erik znał tę nazwę z opowieści starych żeglarzy. Zawsze wypowiadali ją ciszej niż inne słowa. Podszedł bliżej i spojrzał na pergamin, a potem na ciemny fiord, jakby chciał sprawdzić, czy woda nie odpowiedziała mu spojrzeniem.

— To nie może być przypadek — powiedział.

Freya zsunęła się z konara i schowała mapę pod płaszcz.

— Jeśli woły zniknęły przez coś, co przyszło od strony morza, musimy wiedzieć co. Dziś w nocy.

Plan był prosty tylko przez chwilę. Po zmroku wymknęli się z domu z liną, pochodnią i kawałkiem suszonego mięsa zawiniętym w płótno. Na przystani strażnik drzemał z głową opartą o włócznię, a ich łódź kołysała się cicho przy palach, jakby sama nie chciała wypływać. Erik odepchnął ją od brzegu, Freya chwyciła wiosło, i zaraz za nimi zniknęły światła wioski.

Fiord pochłonął ich szybko. Mgła zgęstniała, woda poszarzała, a oddechy rodzeństwa brzmiały nienaturalnie głośno. Po pewnym czasie Erik przestał widzieć brzeg, niebo i własne dłonie. Został tylko rytm wioseł i cisza, która nie była zwyczajną ciszą, lecz czymś, co czaiło się tuż pod powierzchnią.

Kiedy księżyc na moment przebił chmury, przed nimi wyłonił się zarys wyspy. Poszarpany, wysoki i ciemny, wyglądał jak grzbiet wielkiego stwora wynurzającego się z morza. Erik poczuł, że w żołądku zaciska mu się zimny węzeł. Jeszcze chwila, a dotrą do brzegu.

Wtedy z trzcin dobiegł krótki, przenikliwy dźwięk. Nie był to krzyk człowieka ani ptaka. Freya zesztywniała, a Erik aż przestał oddychać.

Przy samym dziobie łodzi coś błysnęło w wodzie. Złamany fragment tarczy, na którym ten sam znak z mapy odbił się srebrnym połyskiem. A zaraz potem z ciemności na wyspie rozległ się drugi odgłos, dużo bliższy niż pierwszy, jakby ktoś właśnie ruszył prosto ku nim.