Martyna, Bartek i Lena wracają do opuszczonego parku, gdzie pojawia się dziwne zwierzę. Pod starym mostem znajdują bransoletkę, a z trzcin dobiega ich niepokojący plusk.
Martyna, Bartek i Lena mieli w parku swoje miejsce od dawna: krzywy most nad zaniedbanym stawem, ukryty między wyrośniętymi wierzbami i chaszczami tak gęstymi, że z ulicy prawie nie było go widać. Dorośli omijali ten zakątek szerokim łukiem, a młodsze dzieci przysięgały, że po zmroku coś tam chodzi po wodzie. Dla trójki przyjaciół był to jednak najlepszy punkt w całej okolicy, zwłaszcza tej wiosny, kiedy na stawie nagle pojawiło się stado dzikich kaczek.
Tamtego popołudnia siedzieli na deskach mostu z lornetkami przewieszonymi przez szyje i notatnikiem Martyny opartym o kolano. Wiatr pchał po niebie ciężkie chmury, a tafla stawu była gładka jak szkło. Kaczki krążyły w trzcinach, spokojne i czujne, aż Lena zesztywniała i ścisnęła Bartek za rękaw.
– Spójrzcie tam.
Między ptakami poruszyło się coś, czego nie potrafili nazwać. Małe, zwinne, z długim ciałem i pyskiem wąskim jak u wydry, ale z rudawym futrem i ogonem zakończonym białą kitą. Przez sekundę przyglądało im się z brzegu, jakby samo nie było pewne, czy to ono obserwuje ich, czy oni jego.
– To nie jest wydra – szepnął Bartek. – I nie lis.
– W atlasach czegoś takiego nie ma – powiedziała Lena, choć jej głos zabrzmiał ciszej niż zwykle.
Stworzenie poruszyło uszami, po czym zsunęło się do wody bez jednego plusku i zniknęło pod mętną powierzchnią. Martyna wstała pierwsza. Zeskoczyła z mostu na wilgotny brzeg, zanim reszta zdążyła ją zatrzymać.
Błoto było miękkie, pełne odcisków łap i ptasich śladów. Martyna przykucnęła, przesuwając palcami po ciemnej ziemi pod deskami mostu. Wtedy coś błysnęło jej między źdźbłami trawy. Podniosła przedmiot ostrożnie, jakby bała się, że rozsypie się w dłoni.
Srebrna bransoletka. Na małej zawieszce wybito ten sam dziwny kształt, który przed chwilą zniknął im w stawie.
– To należy do kogoś stąd? – zapytała Lena, schodząc niżej.
Nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi. Po drugiej stronie stawu rozległ się głuchy plusk, potem drugi, znacznie bliżej, niż powinien. Kaczki poderwały się gwałtownie do lotu. W trzcinach coś zaszeleściło, a potem spomiędzy ciemnych zarośli wysunęła się postać, której żadne z nich nie spodziewało się zobaczyć w tym miejscu...