Ela i Kuba trafiają na nocne sekrety cyrku Luna, gdy pod areną zaczyna pulsować dziwne światło. Pod koniec przedstawienia odkrywają drzwi, których nie powinno tam być.
Ela i Kuba od rana nie mogli usiedzieć spokojnie. Do miasta przyjechał cyrk Luna, a jego ogromny namiot rozbity w parku wyglądał jak wielka, kolorowa góra z materiału. Nad alejkami unosił się zapach popcornu, karmelu i waty cukrowej.
W środku wszystko migało, skrzyło się i szumiało. Artyści na szczudłach przecinali powietrze nad głowami widzów, konie stukały kopytami w rytm muzyki, a stary klaun Barnaba wyczarował balonowego psa tak szybko, jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie. Ela i Kuba siedzieli przy samej barierce, wyciągając szyje, żeby nie uronić ani jednego numeru.
Najbardziej czekali jednak na zapowiedź konferansjera. Gdy wszedł na środek areny, jego brokatowy frak błysnął w świetle reflektorów.
— Drodzy widzowie! Dziś tylko raz, tylko u nas: Pokaz Niewidzialnej Sztuczki! Kto odkryje jej sekret, zostanie honorowym gościem cyrku!
Publiczność zaszemrała z zachwytu. Ela spojrzała na Kubę, a on tylko uśmiechnął się tym swoim minął-właśnie-wpadłem-na-coś-szalonego uśmiechem.
Kiedy zgasły część świateł, a na arenie zrobiło się cicho, Ela zauważyła coś pod deskami. Najpierw był to tylko blady błysk, potem mocniejsze, pulsujące światło, jakby pod ziemią ktoś zapalał i gasił lampę.
Szturchnęła Kubę łokciem.
— Widzisz to?
— Jasne — szepnął. — To nie wygląda jak zwykły trik.
Po przedstawieniu poczekali, aż ciotka odwróci uwagę przy stoisku z lemoniadą, i wymknęli się za kulisy. Minęli skrzynie z kostiumami, beczki z konfetti i klatkę, w której papugi szeptały coś do siebie jak staruszki na ławce. Na końcu wąskiego przejścia Ela dostrzegła drzwi, których wcześniej nie było.
Były niskie, pomalowane na czarno i uchylone zaledwie na szerokość dłoni. Z ich wnętrza sączyło się to samo dziwne światło.
Ela położyła rękę na klamce, ale w tej samej chwili z ciemności dobiegł szept:
— Nie dotykaj tego.
Oboje zastygli. Zza drzwi dobiegł jeszcze jeden dźwięk — cichy, metaliczny brzęk, jakby ktoś bardzo powoli przesuwał coś ciężkiego po kamiennej podłodze.