Tajemnica Podziemnego Uśmiechu

Ania, Olek i Bartek schodzą pod stary wydział i trafiają do miasta bakterii próchnicowych. W jego sercu czeka na nich wybór, który może zmienić los ludzi.

Była duszna, letnia noc, kiedy Ania, Olek i Bartek zeszli pod stary gmach wydziału stomatologii. Nad miastem wisiała cisza tak gęsta, że każdy ich krok odbijał się od cegieł jak obcy szept. Od kilku dni w laboratorium ginęły próbki bakterii próchnicowych, a plotki o nocnych błyskach pod budynkiem krążyły szybciej niż jakiekolwiek oficjalne wyjaśnienie.

Ania nie lubiła historii opowiadanych półgłosem. Wierzyła tylko w to, co dało się sprawdzić. Bartek przeciwnie - im mniej rzeczy miało sens, tym chętniej za nimi szedł. Olek milczał, ale patrzył przed siebie z uporem kogoś, kto już podjął decyzję i nie zamierza się z niej wycofać.

Korytarz pod wydziałem był wąski, zawilgocony i dziwnie ciepły. Ich latarki ślizgały się po murach, na których ciemny osad układał się w nieregularne smugi, jakby ktoś rozprowadził po nich lepki nalot wielką szczoteczką. Z każdym metrem zapach stawał się bardziej kwaśny, metaliczny, niemal laboratoryjny. Ania poczuła go w gardle i nagle wiedziała, że nie są tu przypadkiem.

Olek stanął nagle. Pod jego butem coś kliknęło głucho, a fragment posadzki przesunął się z cichym jękiem kamienia. Z ciemności pod stopami buchnęło zimne powietrze. W podłodze otworzył się wąski otwór, z którego wypłynęło blade, pulsujące światło.

Nie było już odwrotu.

Zeszli niżej, schodek po schodku, aż korytarz rozwarł się w ogromną komnatę. Pośrodku stała konstrukcja przypominająca ząb większy od autobusu, lśniąca wilgotnym połyskiem. Wokół niej poruszał się cały podziemny świat: setki drobnych istot o ciałach podobnych do bakterii, z czułkami, połyskliwymi pancerzami i mikroskopijnymi narzędziami w dłoniach. Niektóre ciągnęły nitki czegoś, co wyglądało jak rozciągnięta pasta, inne wspinały się po ścianach z precyzją robotników budujących miasto.

Ania poczuła, jak serce przyspiesza jej do granic bólu. To nie była legenda. To było zbyt realne.

Wtedy w komnacie zapadła cisza, a z cienia wyłoniła się postać w płaszczu splecionym z nici dentystycznej. Na głowie miała koronę z fragmentów szkliwa. W jednej ręce trzymała coś, co wyglądało jak strzykawka wypełniona białą pastą.

Olek odruchowo cofnął się o krok. Bartek uniósł latarkę, jakby to mogło cokolwiek zmienić.

Istota zrobiła jeszcze jeden krok naprzód i uśmiechnęła się zbyt szeroko.

Za jej plecami coś poruszyło się w mroku. Wielki ząb na środku komnaty drgnął, jakby pod spodem przebudziło się coś znacznie większego niż całe to podziemne miasto.