Hania, Filip i Maja znajdują tęczową łuskę i wchodzą do Smoczego Lasu, gdzie trafiają na coś znacznie bardziej niezwykłego, niż się spodziewali.
Za ostatnią łąką Kwiatonia zaczynał się Smoczy Las. W dzień wyglądał jak zwykły las, ale gdy wiatr przeczesywał jego korony, gałęzie szeptały tak cicho, jakby znały cudze sekrety. Dorośli omijali to miejsce szerokim łukiem. Mówili o dziwnych śladach, zagubionych głosach i świetle, które czasem migało między drzewami.
Hania, Filip i Maja uważali, że to właśnie brzmi jak zaproszenie.
Byli nierozłączni. Hania zawsze nosiła przy pasku lupę i nie umiała przejść obok tajemnicy obojętnie. Filip marzył o wielkich wyprawach, choć na razie najczęściej odkrywał nowe skróty między domami. Maja patrzyła na świat tak, jakby każdy kamień, liść i chmura mogły kiedyś trafić do jej szkicownika. W piątek, tuż po lekcjach, Hania znalazła na swoim podwórku coś, co sprawiło, że aż usiadła na trawie.
Leżała tam maleńka łuska, gładka i cienka jak opłatek, a jednak ciężka od dziwnego blasku. Mieniła się zielenią, błękitem, fioletem i złotem, jakby ktoś zamknął w niej kawałek tęczy.
Filip przysunął się tak szybko, że omal nie wpadł na jej ramię.
- Smok - powiedział z takim zachwytem, jakby wypowiedział najważniejsze słowo na świecie. - Musi pochodzić ze Smoczego Lasu.
Maja bez słowa otworzyła notes i zaczęła ją rysować, ale po chwili uniosła wzrok. Na jej twarzy pojawił się ten szczególny uśmiech, który oznaczał, że właśnie wpadła na coś wielkiego.
Jeszcze tego samego wieczoru wyruszyli z latarkami, mapą i paczką kanapek z dżemem. Ścieżka, którą znali z letnich spacerów, po zmroku stała się obca. Cienie wydłużały się pod ich stopami, a drzewa zamykały się nad nimi coraz ciaśniej. Las szumiał miękko, lecz niepokojąco, jakby ktoś chodził między pniami tuż poza zasięgiem wzroku.
Widzieliście to? - wyszeptała Maja, wskazując coś jasnego, co mignęło głębiej między krzakami.
Może to tylko światło z miasteczka - odpowiedział Filip, ale jego głos zabrzmiał mniej pewnie, niż chciał.
Wtedy gałęzie przed nimi rozsunęły się same. Nie było słychać żadnego trzasku, żadnego szelestu, tylko dziwną, miękką ciszę, jakby las wstrzymał oddech. Z otwartej wyrwy popłynął zielonkawy blask.
Hania zrobiła krok naprzód.
Na małej polanie, w kręgu szmaragdowego światła, leżał maleńki smok. Jego łuski połyskiwały dokładnie tak samo jak łuska w kieszeni Hani. Uniósł pysk, spojrzał na nich złotymi oczami i zasyczał cicho, nie groźnie, raczej błagalnie.
A potem za ich plecami rozległ się cichy trzask, jakby ktoś właśnie nadepnął na suchą gałąź.