Gemma odkrywa w starym srebrnym lustrze przejście do innych przestrzeni. Gdy znika Max, musi wrócić do tajemniczego odbicia i wejść w nieznane.
Gemma mieszkała w małym miasteczku na północy kraju, w domu, który wyglądał jak skrzyżowanie muzeum z graciarnią. Na półkach stały wyblakłe filiżanki, ciężkie świeczniki i zegary, które tykały zupełnie różnie, jakby każdy żył własnym życiem. Jej rodzice uwielbiali takie znaleziska. Zjeżdżali z targu staroci z brudnymi rękami, zadowoleni i tajemniczy, a Gemma od dziecka chodziła po domu, dotykając przedmiotów, które pamiętały dawno minione czasy.
Pewnego sobotniego poranka znalazła na straganie coś, czego nie było w żadnym katalogu, jaki kiedykolwiek przeglądała z mamą. Małe srebrne lustro leżało na końcu stołu, zasnute kurzem, z zielonkawym nalotem w narożnikach. Ramę miało cienką jak pajęcza nić, a mimo to Gemma nie potrafiła oderwać wzroku od jego powierzchni. Sprzedawca tylko wzruszył ramionami, jakby chciał się go jak najszybciej pozbyć. Gemma wsunęła lustro pod płaszcz i wróciła z nim do domu, czując przy każdym kroku dziwne, niecierpliwe ukłucie w brzuchu.
Wyczyściła je starannie miękką szmatką. Najpierw pojawił się srebrny połysk, potem smuga światła, która przecięła taflę jak błyskawica. Gemma cofnęła się o krok. W lustrze odbijał się jej pokój, ale coś było nie tak: kontury mebli drżały, a za jej plecami migały fioletowe iskry. Gdy wyciągnęła rękę, szkło nie było zimne. Było ciepłe, jakby po drugiej stronie ktoś właśnie odsunął zasłonę.
Dotknęła powierzchni i zniknęła.
Stała nagle w miejscu, które wyglądało jak jej miasteczko, a jednak różniło się od niego w każdym drobnym szczególe. Ulice były znajome, lecz puste. Okna odbijały światło inaczej. Nawet wiatr pachniał obco, metalicznie, jak przed burzą. Gemma zrobiła kilka ostrożnych kroków, po czym zrozumiała to, czego nie chciała zrozumieć od razu: srebrne lustro przenosiło ją do innych przestrzeni.
Od tamtej pory wracała do niego coraz częściej. Za każdym razem świat po drugiej stronie był trochę inny, trochę dziwniejszy. Raz drzewa rosły zbyt wysoko, innym razem cienie spływały po chodnikach jak woda. Gemma zaczęła nawet wierzyć, że nauczy się nad tym panować. Aż pewnego wieczoru, kiedy próbowała wrócić do domu, tafla lustra zadrżała i zastygła jak zamarznięte jezioro.
Następnego dnia Max nie przyszedł na umówione spotkanie. Potem nie pojawił się też wieczorem. Jego rower stał oparty o płot, ale samego Maxa nigdzie nie było. Gemma chodziła od okna do okna, aż w końcu spojrzała na srebrne lustro i poczuła lodowaty dreszcz. To nie mogło być przypadek. Nie wtedy, gdy w szkle znów błysnęło coś fioletowego.
Zbliżyła się powoli. W mieszkaniu panowała cisza tak gęsta, że słychać było tylko jej oddech. Gemma wyciągnęła dłoń, a tafla lekko zafalowała. Przez ułamek sekundy zobaczyła w niej nie swoje odbicie, lecz czyjąś twarz w półmroku. Kogoś, kto wyglądał bardzo podobnie do Maxa. A zaraz potem z drugiej strony dobiegł cichy, urwany szept.