Franek i Zuzia znajdują w lesie coś, czego nie powinno tam być. Pod starym dębem czeka na nich zagadka.
Franek mieszkał w małym domu na samym brzegu lasu. Po szkole prawie zawsze wpadała do niego Zuzia, a potem oboje znikali między drzewami, bo w lesie każdy dzień mógł przynieść coś nowego.
Pewnego ciepłego popołudnia Franek zatrzymał Zuzię przy furtce.
– Chodź szybko. Musisz to zobaczyć.
Poprowadził ją dobrze znaną ścieżką aż pod ogromny, stary dąb. Drzewo rosło tam od tak dawna, że jego szerokie konary przypominały ramiona olbrzyma. Dzieci lubiły siadać pod nim i słuchać szumu liści.
Tym razem pod pniem było inaczej.
Na mchu leżało kilka maleńkich, srebrzystych piórek. Błyszczały w słońcu jak nitki światła. Obok nich stał płaski kamień z wyżłobionym znakiem, tak startym, że ledwo dało się go odczytać.
– Kto tu zgubił piórka? – szepnęła Zuzia.
Franek przykucnął i dotknął jednego z nich. Było miękkie jak puch, ale zimne, jakby przed chwilą spadło z bardzo wysokiego miejsca.
– Nie wiem. Zobacz.
Wskazał palcem pęknięcie w korze. W ciemnej dziurze coś mignęło. Najpierw tylko odrobina blasku, potem maleńki, kolorowy połysk, jak od schowanego pudełka.
Nagle gałęzie nad nimi zaszumiały.
Nie było wiatru. Ani jednego podmuchu.
Franek i Zuzia spojrzeli w górę. Liście poruszały się same, cicho i nerwowo, jakby drzewo chciało coś powiedzieć. Z głębi pnia dobiegł ledwie słyszalny dźwięk. Cienki, wesoły chichot.
Dzieci zastygły bez ruchu.
Wtedy z wnętrza dziury błysnęło jeszcze mocniej, a coś małego zaszeleściło tuż nad ich głowami.