Franek i Pikuś podczas porannego spaceru w lesie znajdują coś dziwnego pod starym dębem. Wśród mchu pojawiają się maleńkie drzwi z tajemniczym znakiem.
Franek mieszkał w małym domku tuż przy skraju lasu, w którym drzewa szumiały nawet wtedy, gdy wszystko inne milczało. Najbardziej lubił poranki, bo wtedy razem z Pikusiem mógł biegać po miękkiej trawie i zaglądać pod paprocie, jakby las codziennie coś przed nimi ukrywał.
Tamtego ranka powietrze pachniało wilgotnym mchem, a na źdźbłach trawy drżały kropelki rosy. Pikuś nagle stanął jak wryty. Przekrzywił łepek, poruszył nosem i zaszczekał cichutko, po czym ruszył prosto pod stary, ogromny dąb.
— Co tam znalazłeś, Pikuniu? — szepnął Franek i przykucnął obok niego.
Pod korą, wśród liści i splecionych korzeni, leżał drewniany klucz. Był ciężki, chłodny i tak stary, jakby przeleżał w lesie całe lata. Na jego rączce widniał maleńki ptak, wyryty tak dokładnie, że Franek aż wstrzymał oddech.
— To nie jest zwykły klucz — powiedział z przejęciem.
W tej samej chwili Pikuś zaskomlał cicho. Franek odsunął kilka liści i zamarł. Tuż przy pniu dębu, w zielonym mchu, pojawiły się maleńkie drzwi. Jeszcze przed chwilą ich tam nie było. Były tak małe, że mógłby je zasłonić dłonią, a na środku miały dokładnie taki sam znak ptaka jak klucz.
Franek spojrzał na Pikusia. Pikuś spojrzał na Frania. A potem oba ich oddechy ucichły, bo z za drzwi dobiegł cieniutki, tajemniczy stukot.