Czwórka przyjaciół odkrywa w starym lesie ukrytą ścieżkę prowadzącą do pradawnego słowiańskiego gaju. To, co tam znajdują, budzi w nich lęk, zachwyt i pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi.
Wioska Nałęcz przycupnęła na skraju lasu tak starego, że nawet dorośli mówili o nim ciszej niż zwykle. Lila znała te opowieści na pamięć: o rusałkach, leśnych duszkach i ścieżkach, które znikają, kiedy spojrzysz na nie drugi raz. Nigdy w nie nie wierzyła. A jednak tego letniego popołudnia coś ciągnęło ją do gęstwiny mocniej niż zdrowy rozsądek.
Poszła tam z Filipem, Zośką i swoim młodszym bratem Miłoszem. Mieli latarki, notesy i kanapki z malinowym dżemem, jak na prawdziwą wyprawę przystało. Wracali właśnie znad rzeki, kiedy Filip nagle przystanął. Między paprociami widać było świeże ślady, jakby ktoś przeciągnął po ziemi coś ciężkiego. Ślady znikały przy starym dębie, tym samym, o którym babcia Lili mówiła zawsze z miną, jakby wspominała kogoś żywego.
Za pniem dębu ziemia opadała łagodnie, odsłaniając wąską ścieżkę, której wcześniej nie było. Prowadziła do miejsca ukrytego głębiej w lesie. Rosło tam pięć dębów, ustawionych idealnie w krąg. W ich środku ziemia była czarna i miękka, jak po dawno zgaszonym ogniu. Miłosz przykucnął pierwszy i rozgarnął trawę. W dłoni błysnął stary miedziany klucz.
— Skąd to się tu wzięło? — szepnęła Zośka.
Miłosz chciał coś odpowiedzieć, ale w tej samej chwili palce mu drgnęły, a klucz zaczął być ciepły. Wszystkie dęby zaszumiały naraz, choć powietrze stało nieruchomo. Lila poczuła dreszcz biegnący po plecach. Zamilkli wszyscy. Las także jakby wstrzymał oddech.
Wtedy z ciemnych krzaków po drugiej stronie kręgu zamigotały zielone ślepia. Zza największego dębu popłynął cichy śpiew, tak stary i dziwny, że nie przypominał żadnej znanej melodii. Mgła zaczęła wirować nad ziemią, zwijać się i podnosić, aż przyjęła kształt wąskiej postaci stojącej pośrodku gaju. I właśnie wtedy ktoś, albo coś, poruszyło się tuż za ich plecami.