Szymon, Zuza i Tomek trafiają na coś, czego w ich liceum nie da się już zrzucić na kiepski żart. Szafka 213 zaczyna zachowywać się tak, jakby miała własne plany.
Szymon lubił powtarzać, że kawa trzyma go przy życiu, a liceum tylko udaje, że jest szkołą. Tego ranka stał z termicznym kubkiem w dłoni i z pełną powagą bronił swojej teorii, że test z matmy był mniej sprawdzianem, a bardziej starannie zaplanowanym zamachem na psychikę. Zuza przewracała oczami, Tomek patrzył na wszystko z miną człowieka, który już dawno pogodził się z upadkiem cywilizacji.
Ich szkoła była ogromna, wiecznie hałasowała i miała korytarze tak pokręcone, że nawet plan lekcji wyglądał przy nich jak mapa do skarbu. Najciekawsze rzeczy zwykle działy się przy automatach z batonami albo pod tablicą ogłoszeń, gdzie ktoś co drugi dzień przyklejał anonimowe memy o dyrektorce. Tego ranka jednak coś było nie tak już od wejścia.
Szymon zatrzymał się przed szafką numer 213. Z jej środka dobiegł cichy chichot.
Najpierw pomyślał, że to Zuza. Potrafiła podrzucić mu do plecaka gumową żabę, nakleić mu na plecy kartkę z napisem „zapytaj mnie o dramat” i jeszcze udawać niewinną. Ale teraz stała obok, równie zaskoczona jak on. Tomek uniósł brew, a wtedy z wnętrza szafki napłynął słodki zapach waty cukrowej, jakby ktoś otworzył w środku wesołe miasteczko.
Drzwiczki same drgnęły. Potem otworzyły się szerzej z takim impetem, że Szymon odruchowo odskoczył. Z ciemności wychylił się Konrad, szkolny specjalista od głupich pomysłów i jeszcze głupszych triumfalnych wejść. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a pod pachą ściskał plecak wypchany do granic absurdu. Z jednej kieszeni wystawał pluszowy flaming.
Tomek zerknął do środka, potem na Konrada.
W tej samej chwili 213 zatrzęsła się tak mocno, że metal zaskrzypiał jak stary tramwaj. Z wnętrza błysnęło niebieskie światło, ostre i zimne, zupełnie niepasujące do szkolnego korytarza. Automaty z batonami po drugiej stronie zamilkły. Nawet ktoś na końcu holu przestał gadać.
A potem z szafki dobiegł głos, cichy, ale wyraźny:
Szymon spojrzał na Zuę, Zuza na Tomka, Tomek na Konrada. Konrad, co było do przewidzenia, uśmiechnął się tak, jakby właśnie dostał najlepszą odpowiedź świata.
I wtedy coś ciężkiego, z trzaskiem, ruszyło z głębi szafki prosto w ich stronę.