Tosia i Igor odkrywają obcy sygnał w szkolnej pracowni robotyki i trafiają na trop planety, która desperacko prosi o pomoc.
Szkoła Podstawowa nr 8 od dawna miała opinię niezwykłej, ale dopiero odkąd w piwnicy urządzono pracownię robotyki, naprawdę zaczęły się dziać tam dziwne rzeczy. Wśród przewodów, lutownic i ekranów migających zielonkawym światłem Tosia i Igor czuli się jak odkrywcy. Po lekcjach potrafili spędzać tam całe godziny, składając roboty z części znalezionych w starych pudłach i marząc, że kiedyś polecą dalej niż ktokolwiek z ich klasy.
Tego popołudnia Tosia siedziała nad nowym programem do odczytów satelitarnych. Właśnie poprawiała ostatnią linijkę kodu, gdy Igor znieruchomiał po drugiej stronie stołu.
– Tosiu... patrz – powiedział ciszej, niż zamierzał.
Na monitorze migał znak, którego żadne z nich wcześniej nie widziało. Zielony, ostry jak wycięty nożem, przypominał literę „Z” otoczoną trzema kropkami. Nie był to błąd programu ani zwykła plama zakłóceń. Symbol pojawiał się regularnie, jakby ktoś uporczywie pukał do ich komputera.
Tosia odsunęła krzesło i pochyliła się nad ekranem.
– To nie jest lokalny sygnał – szepnęła. – On przychodzi z bardzo daleka.
Zaczęli sprawdzać wszystko po kolei: częstotliwość, źródło, czas powtórzeń. Im dłużej pracowali, tym bardziej robiło się im dziwnie pod żebrami. Sygnał wracał co osiem minut, dokładnie, jakby ktoś po drugiej stronie wszechświata odmierzał czas z zegarmistrzowską precyzją. A kiedy Tosia puściła analizę przez szkolny nadajnik, komputer wyrzucił wynik, który przez chwilę wydawał się zupełnie niemożliwy.
To nie był przypadkowy szum.
To była odpowiedź.
Na ekranie pojawiły się współrzędne i trójwymiarowa mapa planety ukrytej w Galaktyce Koralowej, tej samej, o której kiedyś czytali w encyklopedii tylko dlatego, że nazwa brzmiała zbyt pięknie, by była prawdziwa. Na mapie rozciągały się ogromne zielone lasy, połyskujące jeziora i pasma gór, które wyglądały, jakby ktoś narysował je światłem. Na samym środku migał punkt, tak wyraźny, jakby ktoś zaznaczył go palcem.
Igor przełknął ślinę.
– Ktoś tam na nas czeka – powiedział.
Nie zdążyli nawet ustalić, co to właściwie znaczy, gdy komputer zapiszczał po raz drugi. Na biurku, obok plątaniny kabli, pojawił się nowy plik: instrukcja zbudowania miniaturowej sondy. Pracowali przy niej w milczeniu, prawie bez oddechu, składając elementy szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdy sonda była gotowa, Tosia uruchomiła szkolny nadajnik.
Na ekranie zamigotało kolejne okno. W środku drżał obraz nieznanej, smukłej postaci, a pod nim pulsował napis:
„Odwiedź nas, zanim zgaśniemy. To nasza ostatnia szansa.”
Tosia spojrzała na Igora. W jego oczach odbijał się zielony blask monitora, a w jej własnych mieszały się ekscytacja i strach.
Wtedy gdzieś nad ich głowami coś cicho zadźwięczało. Z sufitu spłynęła cienka smuga światła, a drzwi pracowni powoli zamknęły się same, z głuchym, metalicznym trzaskiem…