Zosia i Tymek odkrywają, że gwiazdy naprawdę znikają z nieba. Kiedy ruszają do lasu, trafiają na kogoś, kto zna odpowiedź i bardzo potrzebuje ich pomocy.
Zosia i Tymek najchętniej spędzali wieczory na dachu starej szopy, z nogami zwisającymi nad ogrodem i wzrokiem wbitym w niebo. Za domem zaczynał się ciemny las, a noc nadchodziła tam wolniej niż gdziekolwiek indziej. Pachniało żywicą, mokrą korą i czymś jeszcze, czego nie umieli nazwać, czymś, co zawsze zapowiadało przygodę.
Tego wieczoru Zosia nagle usiadła prosto.
Chłopiec podniósł głowę. Nad koronami drzew świecił znajomy fragment nieba, ale w samym środku, tam gdzie przed chwilą migała jasna gwiazda, zieła ciemna dziura.
Zosia pokręciła głową. Niebo było czyste jak szkło. Jedna gwiazda zniknęła. Po chwili druga zgasła bez śladu, jakby ktoś zgasił je palcami.
Dziewczynka wyjęła z kieszeni mały notes z pogniecioną okładką i zaczęła szybko zapisywać daty, godziny i miejsca na niebie. Tymek liczył w myślach kolejne chwile, ale im dłużej patrzył, tym bardziej robiło mu się nieswojo. Niebo nie powinno przecież tracić gwiazd.
Nazajutrz opowiedzieli o wszystkim dziadkom. Babcia tylko zmrużyła oczy, a dziadek uśmiechnął się pod wąsem, jakby usłyszał ciekawą zagadkę.
Wieczorem Zosia i Tymek zabrali latarki, lornetkę i mapę nieba. Poszli głębiej między drzewa, tam, gdzie ścieżka zwężała się i znikała pod paprociami. Las milczał podejrzanie cicho. Nawet świerszcze jakby wstrzymały oddech.
Gdy dotarli pod stary dąb o splątanych korzeniach, usiedli na chwilę, żeby złapać oddech. Wtedy usłyszeli szept tak cichy, że bardziej go poczuli, niż usłyszeli.
Zosia odwróciła się pierwsza. Przy pniu dębu migotał maleńki duszek w niebieskim kapturze. Jego ciało świeciło bladym światłem, a wokół wirowały srebrne pyłki, jakby rozsypał się kawałek nocnego nieba. Na policzkach miał łzy wielkie jak krople rosy.
Duszek uniósł głowę. Jego złote oczy drżały ze strachu.
Tymek już otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, lecz za ich plecami zaszeleściły gałęzie. Między pniami przesunął się wysoki, cienisty kształt, a po lesie potoczył się niski, zimny śmiech.