Czworo przyjaciół odkrywa na strychu Tomasza przedmiot i list, które prowadzą ich do coraz dziwniejszych tropów ukrytych w starym domu.
W niewielkim miasteczku na północy kraju, wciśniętym między strome zbocza i ciężkie od wilgoci lasy, wszyscy znali wszystkich. Tomasz, Anna, Kuba i Alicja znali jednak wyłącznie siebie nawzajem naprawdę. Byli zbyt blisko, by udawać przed sobą cokolwiek, i zbyt uparci, by odpuścić, kiedy coś zaczynało ich dręczyć.
Tamtego popołudnia powietrze wisiało bez ruchu, a niebo, które jeszcze przed chwilą prażyło bielą, nagle zasnuły ciemne chmury. W domu Tomasza panowała cisza, jakiej nie było nawet podczas zimowych wieczorów. Od lat nikt nie wchodził na strych, bo drzwi zacinały się przy każdej próbie otwarcia, a sam Tomasz miał do tego miejsca dziwny, niechętny respekt.
Kiedy wreszcie udało im się podważyć zardzewiały zatrzask, z wnętrza uderzył ich zapach kurzu, stęchlizny i czegoś jeszcze, trudnego do nazwania. Strych okazał się większy, niż przypuszczali. Pod skosami stały przykryte płachtami meble, opierały się o siebie pudła, sterty książek i przedmioty, których przeznaczenia nikt nie potrafił odgadnąć. Na samym środku, na starym biurku, leżała szkatułka tak ciemna od brudu, jakby od lat nikt jej nie dotykał.
Nie była ozdobna. Właściwie powinna zniknąć wśród reszty rupieci, a jednak wszyscy czworo zatrzymali wzrok właśnie na niej. Kuba otworzył wieko pierwszy. W środku była mapa, krucha jak wyschnięte liście, oraz list zapisany pismem tak gęstym i obcym, że Anna odsunęła go od razu, jakby papier mógł ją poparzyć. Tomasz przełknął ślinę, bo w lewym dolnym rogu mapy rozpoznał znak, którego nigdy wcześniej nie widział, choć miał dziwne wrażenie, że już kiedyś go spotkał.
Wtedy z poddasza dobiegło ciche szuranie, jakby coś przesunęło się po belkach nad ich głowami. Alicja uniosła wzrok pierwsza. Na moment wszyscy zamarli, słysząc, jak z ciemności nad nimi spada pojedynczy, urywany szept, dokładnie w miejscu, gdzie nie powinno być nikogo.