Tajemnicza klapka i wyprawa do Zębolandii

Gabryś i Lena trafiają na ukrytą klapkę w szkolnej łazience. Za nią czeka dziwny, lśniący świat, w którym szczoteczki żyją własnym życiem, a ktoś właśnie przerywa spokój miasta.

Gabryś wiercił się na lekcji przyrody tak długo, aż szeleszczące opakowanie po miętowych gumach zaczęło brzmieć głośniej niż głos pani. Kiedy Lena pochyliła się nad jego ławką, zmarszczyła nos.
– Znowu nie umyłeś zębów po śniadaniu? – szepnęła. – Masz okruchy na policzku.
Gabryś od razu otarł twarz rękawem bluzy, choć przez to wyglądał jeszcze bardziej podejrzanie. Lena westchnęła, wyciągnęła z plecaka dinozaurową szczoteczkę i małą pastę, po czym szturchnęła go łokciem.
– Idę do łazienki. Jeśli chcesz uratować resztki honoru, to lepiej za mną.

Szkolna łazienka na pierwszym piętrze była tego dnia dziwnie cicha. Z korytarza dochodził tylko stłumiony gwar, a tutaj wszystko pachniało mydłem i chłodnymi kafelkami. Lena stanęła przy umywalce, odkręciła wodę i zaczęła nucić pod nosem własną piosenkę o czystych zębach. Gabryś wszedł za nią, rozglądając się nerwowo, czy nikt nie zauważył ich zniknięcia.

Wtedy zobaczył coś, co kompletnie nie pasowało do szkolnej łazienki.
Pod jednym z umywalek, w samym rogu, tkwiła mała srebrna klapka.

– Lena… widzisz to?
– Co?
– Tam. Pod zlewem.

Podeszła bliżej, odsunęła fioletowy dywanik i przyklękła. W blacie połyskiwał ukryty zaczep, taki, jakby ktoś zostawił go specjalnie dla kogoś, kto umie dobrze patrzeć. Gabryś przełknął ślinę i pociągnął za metalowy uchwyt.

Klapka otworzyła się cicho, jakby sama od dawna czekała na ten moment.
Za nią nie było rur ani szkolnego magazynku, tylko wąskie, spiralne schody opadające w dół, głębiej niż powinny. Z dołu sączyło się migotliwe światło, a razem z nim dziwny zapach mięty, malin i czegoś jeszcze, czego Gabryś nie potrafił nazwać.

– Schodzimy? – spytała Lena, a w jej głosie zamiast strachu zabrzmiała czysta ciekawość.
Gabryś skinął głową, choć serce waliło mu jak młotek.

Im niżej schodzili, tym bardziej wszystko się zmieniało. Ściany przestały być zwykłymi płytkami. Zaczęły błyszczeć bielą tak gładką i jasną, że wyglądała jak polerowane szkliwo. Schody skręcały raz w lewo, raz w prawo, a z każdą chwilą świat wokół stawał się coraz bardziej niezwykły.

– To nie może być normalne – szepnęła Lena.
– A jednak idziemy dalej – odpowiedział Gabryś, sam nie wiedząc, czy się cieszyć, czy już zawracać.

Po chwili schody się skończyły.
Przed nimi otworzyło się ogromne miasto. Po ulicach chodziły mówiące zęby, nad dachami fruwały nici dentystyczne, a szczoteczki tańczyły w równych rzędach jak na jakiejś dziwnej paradzie. Na środku placu stał dentysta w długiej todze, podobny bardziej do sędziego niż do lekarza.

– Witajcie w Zębolandii! – rozległ się potężny głos.
Gabryś i Lena zamarli.
– Wasze nawyki mają tu większe znaczenie, niż wam się wydaje.

Zanim któreś zdążyło odpowiedzieć, z ciemnej uliczki za placem dobiegł ich niski, złowieszczy chichot. Na rynku nagle zapadła cisza. Tańczące szczoteczki znieruchomiały i wszystkie jednocześnie odwróciły się w tamtą stronę.