Mapa, której nie było

Stara mapa z zamkowego pudełka zaczęła się zmieniać na moich oczach i poprowadziła mnie ku wzgórzu, na którym miał stanąć zamek. Kiedy tam dotarłem, usłyszałem głos.

Znalazłem ją przypadkiem na strychu, w starym pudełku po listach. Była złożona na cztery równe części, pożółkła i tak krucha, jakby wystarczył jeden nieostrożny ruch, żeby rozsypała się w palcach.

Na początku wyglądała zwyczajnie. Tylko stara kartka, nic więcej. Ale kiedy rozłożyłem ją przy oknie, cienkie kreski na papierze zaczęły drgać, a potem same układać się w drogę. Linia wiła się przez las, wspinała na wzgórze i zatrzymywała przy znaku zamku.

Zmrużyłem oczy. Za naszym domem był las, były kamienie, były zarośla. Ale zamek? Nigdy wcześniej nie widziałem tam żadnego zamku. Mimo to na mapie stał wyraźnie, jakby czekał właśnie na mnie.

Nie potrafiłem już o nim nie myśleć. Wsunąłem mapę do kieszeni i ruszyłem w stronę wzgórza. Szło się ciężko, między powalonymi pniami i mokrymi od rosy paprociami. Im dalej wchodziłem między drzewa, tym ciszej robił się las. Nawet ptaki jakby milkły, jedno po drugim.

A potem go zobaczyłem.

Wysokie wieże wynurzyły się spomiędzy drzew tak nagle, że stanąłem jak wryty. Kamienne mury, omszała brama, ciemne okna bez świateł. Zamek był prawdziwy. Zbyt prawdziwy.

Wyjąłem mapę, żeby sprawdzić, czy na pewno jestem na miejscu. W tej samej chwili kartka rozbłysła błękitnym światłem, a z ciemności za bramą dobiegł niski głos:

— W końcu przyszedłeś...