Ada i Franek w starej bibliotece odkrywają małe drzwi ukryte za regałem. Za nimi czeka coś, czego nie powinni jeszcze widzieć.
Ada i Franek bardzo lubili starą bibliotekę przy rynku. Pachniało tam kurzem, papierem i herbatą pani Zosi, która zawsze wiedziała, gdzie stoi każda książka i potrafiła zadać taką zagadkę, że dzieciom aż mrowiły się nosy ze śmiechu.
Tego dnia padał deszcz i krople stukały w szyby jak palce małych bębniarzy. Ada i Franek biegali cicho między regałami, szukając książki o smokach. Nagle Ada zatrzymała się tak gwałtownie, że Franek prawie na nią wpadł.
Za wysokim regałem z bajkami coś błysnęło. Ada odsunęła na bok grzbiet książki, a potem szerzej otworzyła oczy. W drewnianej ścianie były małe drzwiczki. Wąskie, niskie, z okutą klamką i starym złotym kluczem w zamku. Jakby zawsze tam stały, tylko ktoś sprytnie je ukrył.
— Franek, patrz — wyszeptała.
Franek przyklęknął obok niej. Przez chwilę oboje tylko patrzyli, nie odzywając się ani słowem. W bibliotece było bardzo cicho. Nawet deszcz jakby ściszył kroki.
— Myślisz, że pani Zosia o nich wie? — szepnął Franek.
Ada już wyciągała rękę do klucza. Zamek był zimny i ciężki. Przekręciła go powoli. Najpierw nic się nie stało. Potem drzwi drgnęły i zaskrzypiały tak cicho, jakby budziły się po długim śnie.
Za nimi było ciemno. Ale z głębi sączył się blady blask, migoczący jak garść gwiazdek rozsypanych po suficie.
Franek ścisnął Adę za dłoń.
Wtedy z drugiej strony dobiegł ich szept. Cichy. Bliski. I nieznajomy.