Po lekcjach Kacper i Lena zostają w szkole i trafiają pod zamknięte drzwi starej sali biologicznej, skąd dochodzi dziwny dźwięk i zielonkawe światło.
Szkoła po zmroku traciła swój codzienny porządek. Korytarze gimnazjum nr 7 wydłużały się nienaturalnie, światło z kilku niedomykających się świetlówek kładło na ścianach blade plamy, a każdy krok odbijał się głuchym echem, jakby budynek słuchał zbyt uważnie.
Kacper i Lena mieli zostać po lekcjach tylko do końca projektu z chemii. Projekt dawno leżał już w plecakach, ale oni wciąż krążyli po pustym piętrze, przeciągając ten dziwny stan między obowiązkiem a ciekawością. W końcu Lena zatrzymała się przy końcu korytarza i spojrzała w stronę starej sali biologicznej.
– Chodźmy tam – powiedziała cicho.
Kacper zmarszczył brwi. O tej sali krążyły od miesięcy różne historie, a po tym dawnym wypadku nikt nie miał ochoty zostawać przy niej dłużej niż trzeba. Mimo to ruszył za Leną. Im bliżej byli, tym bardziej czuł pod skórą niepokój, którego nie potrafił nazwać. Pod drzwiami, w wąskiej szczelinie między podłogą a drewnem, migotało słabe zielonkawe światło.
Wtedy dobiegł ich dźwięk. Cichy, chropawy, regularny. Jakby coś od środka przesuwało pazury po desce albo próbowało wydostać się na zewnątrz. Lena wstrzymała oddech i chwyciła Kacpra za rękaw. On wyjął latarkę, choć sam nie był pewien, czy chce zobaczyć więcej. Zamek wyglądał na zardzewiały i martwy, a jednak kiedy położył dłoń na klamce, ta ustąpiła od razu.
Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów. Zielone światło uderzyło ich w twarze, a z ciemności wyłonił się kształt, którego żadne z nich nie powinno było tam zobaczyć…