Leon i królik Fiki słyszą w Starym Lesie dziwny dźwięk. Gdy ruszają za nim między drzewa, trafiają na coś błyszczącego i bardzo tajemniczego.
Pewnego jasnego ranka Leon usiadł na łóżku i aż zamarł. Z głębi Starego Lasu dobiegł cichy, dziwny dźwięk. Nie był to śpiew ptaków ani szelest wiatru. Brzmiał trochę jak chichot, a trochę jak coś, co stukało o gałąź.
Na poduszce obok niego siedział już królik Fiki. Poruszył nosem, nastawił uszu i spojrzał na Leona tak, jakby mówił: trzeba tam iść.
– Słyszałeś to? – szepnął Leon.
Fiki pisnął krótko i podskoczył w miejscu.
– No to sprawdzamy.
Leon wciągnął kalosze, otworzył drzwi i ruszył między drzewa. Fiki wskoczył do plecaka, wystawiając tylko białe uszy. W lesie pachniało mokrą trawą i żywicą, a liście migały w słońcu jak zielone monety. Dźwięk prowadził ich coraz dalej. Raz cichł, raz wracał, jakby ktoś bawił się z nimi w chowanego.
W końcu, pod wielkim dębem, Leon zobaczył coś, co aż błysnęło mu przed oczami. Pochylił się ostrożnie. W trawie leżał mały, połyskujący klucz.
Leon wyciągnął rękę, ale wtedy z krzaków tuż obok rozległ się dużo głośniejszy szelest. Fiki znieruchomiał w plecaku. Leon też nie ruszył się ani o krok.
Coś było bardzo blisko.