W lesie znajduję stary, tajemniczy klucz, a tuż obok niego drzwi ukryte między korzeniami wielkiego dębu.
Słońce przeciskało się przez korony drzew tylko cienkimi smugami, kiedy biegłem coraz głębiej w las. Pod butami chrzęściły gałązki, a w powietrzu unosił się zapach mchu, mokrej ziemi i żywicy. Miałem wrócić do domu dawno temu, ale w lesie zawsze trafiało się coś, czego nie dało się odłożyć na później.
Tego dnia szukałem śladów saren i zbierałem największe szyszki, jakie udało mi się znaleźć. Nic niezwykłego. Ot, zwykłe włóczenie się między drzewami. Aż nagle coś błysnęło pod warstwą liści.
Zatrzymałem się tak gwałtownie, że omal nie wpadłem na pień. Przykucnąłem i odgarnąłem palcami wilgotny mech. Leżał tam klucz. Nie taki, jakiego używa się do furtki albo szafki. Był ciężki, stary i chłodny, z rączką ozdobioną drobnymi wzorami. Na końcu połyskiwał mały smok, wygięty tak, jakby pilnował jakiejś tajemnicy.
Przez chwilę tylko na niego patrzyłem.
Kto mógł zgubić coś takiego w środku lasu? I co, jeśli to wcale nie była zguba?
Podniosłem klucz bardzo ostrożnie. Wtedy zauważyłem coś jeszcze. Tuż przy ogromnym dębie, którego wcześniej nie dostrzegłem, między grubymi korzeniami kryły się niskie drewniane drzwi. Nie prowadziły do żadnej ściany, nie było przy nich domu ani szopy. Po prostu tkwiły w ziemi, jakby ktoś wstawił je tam specjalnie, żeby nikt ich nie znalazł.
Poczułem, jak robi mi się gorąco mimo chłodnego powietrza.
Klucz ścisnąłem mocniej w dłoni i podszedłem bliżej. Zamek był pokryty rdzą, ale wyglądał tak, jakby czekał właśnie na mnie. Wsunąłem klucz do środka.
Pasował idealnie.
Usłyszałem ciche kliknięcie. Zamek ustąpił.
Zamarłem z ręką na klamce. Za drzwiami coś poruszyło się w ciemności.