Piątka redaktorów szkolnej gazetki trafia do zapomnianych archiwów i znajduje kodeks, który prowadzi ich do miejsc w liceum, o których nikt nie powinien pamiętać.
Rok szkolny zaczął się tak, jak zaczynał się każdy poprzedni: dzwonek odbił się od ścian, korytarze wypełniły się hałasem, a uczniowie przeciskali się między szafkami, jakby wszystko już dawno zostało ustalone. Ben miał jednak wrażenie, że dla nich piątego roku w liceum coś wreszcie miało pójść nie tak. Albo właśnie dzięki temu, że było monotonne, miało się wydarzyć coś, czego nie da się zignorować.
Ben, Kate, Max, Lily i Tom redagowali „Echo Liceum” od miesięcy, choć większość szkoły traktowała gazetkę jak obowiązkową ozdobę tablicy ogłoszeń. Czytali ją tylko ci, którzy przypadkiem natknęli się na wydanie leżące pod ławką. Ben nie znosił tej ciszy wokół ich pracy. Kate uważała, że to tylko kwestia czasu. Max szukał sensacji. Lily lubiła tropy, które układały się w coś większego. Tom z kolei miał cierpliwość do miejsc, do których inni nawet nie zaglądali.
Właśnie dlatego zeszli do starych archiwów szkoły. Na dole panował zapach kurzu, mokrego papieru i czegoś metalicznego, jakby powietrze przez lata stało nieruchomo między regałami. Szukali jedynie tematu do kolejnego numeru, może starego zdjęcia, może zapomnianego szkolnego raportu. Zamiast tego trafili na szafę z wyłamanym zamkiem, upchaną dokumentami, które nikt od dawna nie miał prawa przeglądać.
Na samym dnie leżał kodeks. Gruby, zszyty ręcznie, z popękaną okładką i śladem czerwonego wosku na pierwszej stronie. Ben uniósł go ostrożnie, jakby papier mógł się rozpaść pod ciężarem własnej tajemnicy. W środku ciągnęły się symbole, skróty i zdania zapisane tak, jakby autor zakładał, że tylko jedna konkretna osoba kiedykolwiek to zrozumie. Kate od razu zaczęła robić notatki. Max próbował dopatrzyć się żartu. Lily milczała dłużej niż zwykle. Tom tylko spojrzał na okładkę i powiedział, że ten znak widział już kiedyś na ścianie przy schodach do starej części szkoły.
Od tamtej chwili spotykali się po lekcjach codziennie, coraz głębiej wciągani przez coś, co nie wyglądało już na zwykłą zagadkę do szkolnej gazetki. Jeden symbol prowadził do następnego. Jeden zapis otwierał drzwi do kolejnego korytarza, jednego z tych, które zawsze były zamknięte albo po prostu pomijane w codziennym pośpiechu. Z każdym dniem szkoła wydawała się starsza, większa i mniej znana. Jakby pod zwykłym planem lekcji istniał drugi, ukryty porządek.
A potem Ben znalazł rozwiązanie jednego z najbardziej złożonych znaków. Tego samego popołudnia, kiedy nad boiskiem zaczęło się ściemniać, drzwi do starej wieży szkolnej same drgnęły i stanęły otworem. Z wnętrza dobiegł głuchy dźwięk dzwonu, choć nikt nie dotknął liny. Piątka spojrzała po sobie, a potem na ciemność za drzwiami. Z góry, z samego środka wieży, ktoś albo coś odpowiedziało na ich odkrycie.