Zegar z poddasza

Julka i Maks znajdują na poddaszu dziwny zegar. Kiedy próbują go uruchomić, dom drży, światła wirują, a rodzeństwo trafia w sam środek nieznanej epoki.

Julka lubiła wakacje u dziadka Felka bardziej niż cokolwiek innego. Stary dom na końcu wioski miał tyle zakamarków, że każdego dnia można było odkryć coś nowego. Najbardziej kusiło ją poddasze. Tam, pod skośnym dachem, spały zakurzone pudła, pożółkłe gazety i przedmioty, które wyglądały tak, jakby od dawna czekały na czyjś wzrok.

Tego deszczowego popołudnia Maks po raz trzeci przegrał z Julką w warcaby i obrażony odsunął pionki.
– Idziemy na poddasze – oznajmił nagle. – Na pewno jest tam coś ciekawszego niż twoje zwycięstwa.

Julka parsknęła śmiechem, ale już po chwili oboje stali pod skrzypiącymi schodami. Drzwi na górę ustąpiły z cichym jękiem. Uderzył ich zapach kurzu, starego drewna i czegoś jeszcze, czego nie potrafili nazwać.

– Słyszysz? – szepnęła Julka.

Nie było słychać nic oprócz deszczu bębniącego o dach. Przecisnęli się między pudełkami. Maks pierwszy zauważył duży pakunek przykryty wyblakłym prześcieradłem. Pociągnął za róg materiału. Pod spodem stał zegar stolikowy, dziwny i piękny zarazem, z mnóstwem drobnych pokręteł, srebrnych wskazówek i tarczą połyskującą jak mokre szkło.

– To chyba bardzo stary zegar – powiedziała Julka, zbliżając twarz.

Przetarła kurz z tarczy i wtedy Maks dostrzegł maleńki przycisk ukryty z boku. Był na nim znak klepsydry.
– A może on jeszcze działa? – mruknął i zanim Julka zdążyła go zatrzymać, nacisnął przycisk.

Zegar zadrżał. Najpierw cicho, potem coraz mocniej, aż całe poddasze wypełnił metaliczny brzęk. Wskazówki ruszyły tak szybko, że zlały się w jasną smugę. Powietrze zgęstniało. Pudełka zafalowały, światło z małego okna zawirowało jak woda, a podłoga pod stopami dzieci lekko się uniosła.

– Maks…? – wyszeptała Julka.

Nie odpowiedział, bo wszystko nagle pękło w białym błysku.

Kiedy otworzyli oczy, nie było już poddasza. Stali pośrodku wąskiej ulicy wyłożonej kamieniami. Wokół nich przesuwał się tłum ludzi w długich płaszczach i dziwnych kapeluszach. W oddali dzwonił dzwon, a nad dachami unosił się dym z kominów.

Julka odwróciła się gwałtownie. Za nimi, między przechodniami, przesuwał się cień kogoś, kogo nie widzieli wyraźnie, ale którego krok wydawał się aż za znajomy.

– Przybyliście w samą porę – powiedział głos tuż obok nich. – Macie bardzo mało czasu…