Mała Tosia i piesek-robot Robik ruszają w kosmiczną wyprawę, by odnaleźć zaginioną planetę. W drodze słyszą cichy głos i widzą coś, co nie powinno tam być.
Tosia lubiła nocą wyglądać przez okno i szukać na niebie gwiazd. Pewnego wieczoru przycisnęła nos do teleskopu i aż wstrzymała oddech. Jedna z gwiazdek migała na czerwono, jakby mrugała do niej z daleka.
Tosia zeskoczyła z krzesła i pobiegła do swojego pieska-robota, Robika. Jego metalowe uszka drgnęły, gdy usłyszał jej głos.
„Robiku, coś się dzieje. Musimy sprawdzić!” — szepnęła Tosia.
Następnego dnia siedzieli już w swoim błyszczącym statku. Fotel Tosi był miękki jak chmurka, a lampki na pulpicie świeciły zielono i niebiesko. Komputer pokładowy zamrugał ekranem.
„Witajcie. Gotowi na lot?” — zapytał cienkim, wesołym głosem.
„Gotowi!” — zawołała Tosia.
Statek poderwał się lekko i popłynął w kosmos. Minęli srebrny Księżyc, potem wielką planetę z kolorowymi pierścieniami, które błyszczały jak cukrowe obręcze.
I wtedy rozległ się cichy szept z głośnika.
„Pomocy... zgubiłam się...”
Tosia spojrzała na Robika. Robik otworzył szeroko swoje szklane oczka.
Przed nimi, pośród ciemności, pojawiła się mała niebieska kulka. Drżała delikatnie i świeciła jak nocna lampka. Ale zaraz za nią zaczęły sunąć dziwne cienie, długie i powolne...
Tosia ścisnęła łapkę Robika. Statek zwolnił, a z przodu rozbłysło ostre czerwone światełko.