Mała Tosia w przedszkolu nagle traci uśmiech i rusza go szukać z Puszkiem i Kubą. Ich trop prowadzi pod wielki zielony dywan, gdzie coś cicho chichocze.
Tosia zwykle wpadała do przedszkola jak mały promień słońca. Śmiała się przy farbach, rysowała tęcze i chlapała po kałużach, nawet kiedy niebo było szare.
Tego ranka było jednak inaczej. Tosia stanęła w drzwiach sali, spojrzała na Ani ę i… nic. Uśmiech, który zawsze siedział na jej twarzy, jakby zniknął bez śladu. Dziewczynce zrobiło się dziwnie w brzuszku. Spróbowała się uśmiechnąć jeszcze raz, ale tylko poruszyła ustami.
— Mój uśmiech przepadł — szepnęła.
Puszek, jej miękki króliczek, siedział w plecaku, a Kuba od razu podszedł bliżej.
— To go znajdziemy — powiedział.
Zaczęli szukać wszędzie. Pod stolikiem, między kredkami, w szatni, za szalikami i przy półce z książkami. Nigdzie ani śladu.
Wtedy pod wielkim zielonym dywanem rozległ się cichy chichot.
Puszek nastawił uszy. Kuba mocniej ścisnął dłoń Tosi. Dziewczynka pochyliła się nad dywanem i poczuła, że serce bije jej szybciej.
Podniosła róg materiału tylko odrobinę.
I zobaczyła coś, czego wcale się tam nie spodziewała…