Czwórka nastolatków z Korytowa odkrywa, że burzowa noc obudziła w nich coś nieznanego. A kiedy spotykają się w opuszczonej stacji, ktoś zaczyna ich szukać.
Deszcz walił w stare okna Zespołu Szkół w Korytowie tak mocno, jakby chciał wyrwać z nich szybę. Żółte światło latarni na parkingu rozmazywało się w mokrych smugach. Weronika siedziała w ostatniej ławce, obracając długopis między palcami, gdy nauczycielka matematyki urwała w pół zdania. Na sekundę zgasły wszystkie lampy. Potem rozbłysły tak ostro, że ktoś syknął zaskoczony.
Dzwonek rozdarł ciszę. Weronika, Kuba, Nina i Patryk spojrzeli po sobie bez słowa, jakby wszyscy usłyszeli to samo, ale nikt nie chciał być pierwszy, który to nazwie.
Na korytarzu pachniało wilgocią i mokrymi kurtkami. Uczniowie rozchodzili się szybko, a echo kroków odbijało się od szafek. Nina dogoniła resztę przy wyjściu i ściszyła głos.
Weronika nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na własną dłoń. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że pod skórą zapaliła się cienka nitka światła.
Na zewnątrz deszcz nie ustępował. Stali pod zadaszeniem, czekając, aż chmury choć trochę się rozsuną. Patryk próbował rozładować napięcie głupim żartem o burzy i mikrofali w szkolnym bufecie, ale nawet on brzmiał mniej pewnie niż zwykle. Kuba milczał dłużej niż wszyscy.
Nikt mu nie odpowiedział. Bo każdy z nich czuł coś podobnego i to właśnie było najgorsze.
Wieczorem umówili się w opuszczonej stacji kolejowej za miasteczkiem. Gdy wracali osobno przez mgłę, Korytowo wydawało się mniejsze niż zwykle, przytłumione, przyczajone. Tory ginęły w ciemności, a stara stacja stała na skraju pól jak pusty, otwarty cudzysłów.
W środku było zimno i sucho tylko pozornie. Zbutwiałe belki trzeszczały nad ich głowami, a po ścianach pełzały kolorowe graffiti, rozbite przez odpryski tynku. Weronika zamknęła drzwi i sięgnęła do plecaka po latarkę.
Wtedy jej dłoń rozjarzyła się miękkim, niebieskim blaskiem.
Patryk cofnął się o krok. Nina wciągnęła gwałtownie powietrze, a Kuba odruchowo zasłonił oczy. Sekundę później podniosła się lekko nad ziemię, jakby podłoga przestała ją trzymać.
Kuba chwycił się za skroń. Stara lampa przy suficie zamigotała, raz, drugi, trzeci, aż światło zaczęło drżeć w rytmie ich oddechów.
I wtedy z zewnątrz dobiegły kroki.
Ktoś szedł w stronę stacji, powoli, bez pośpiechu. Cienie przesunęły się po brudnej szybie, a czwórka nastolatków zastygła w bezruchu, gdy za drzwiami zatrzymał się obcy oddech.