W cieniu zorzy

Dwoje młodych wikingów trafia zimą za koło podbiegunowe na ślad starej runy, która budzi w lodzie coś, czego nie powinno tam być.

Wiatr schodził z północy jak ostrze. Wpadał między skały, wciskał się pod futra i gryzł w policzki tak, jakby chciał od razu wyrwać z człowieka resztki odwagi. Sigrun poprawiła kaptur i zmrużyła oczy. Przed nią, kilkanaście kroków dalej, szedł Sigurd, a jego sylwetka co chwila znikała w wirach śniegu. Za plecami mieli już ciemność zimowej drogi, przed sobą tylko białą pustkę i niebo rozpalone zielenią zorzy.

Nie powinni byli zapuszczać się tak daleko od obozu. Wyprawa miała być prosta: znaleźć drewno, wrócić przed zmrokiem, nie dać się przyłapać na głupocie. Ale w tej krainie nawet proste rzeczy zamieniały się w próbę. Zaczęło się od jaskini, którą zauważyli przypadkiem, kiedy szukali osłony przed wichrem. W środku, pod cienką warstwą lodu, znajdował się stary skalny malunek: spirala otoczona runami tak zniszczonymi, że ledwo dało się je odczytać. Sigurd uznał to za znak. Sigrun uznała to za kłopot.

Gdy uniósł pochodnię bliżej ściany, jedna z run odpowiedziała bladym, zielonkawym światłem. Nie błysnęła jak mokry kamień. Nie odbiła płomienia. Po prostu zapaliła się od środka, jakby coś głęboko w skale otworzyło oko. Sigurd odruchowo cofnął dłoń, lecz ciekawość była szybsza niż rozsądek. Dotknął symbolu jednym palcem. Wtedy pod ich stopami rozeszło się twarde, niskie drżenie. Najpierw lekko, potem mocniej. Z sufitu posypał się pył, a po chwili cała jaskinia jęknęła jak okręt trafiony falą.

Sigrun upadła w śnieg i przez moment słyszała tylko własny oddech. Sigurd przeklął pod nosem, dźwignął się na jedno kolano i spojrzał na ścianę z mieszaniną lęku i zachwytu. Runy nie świeciły już pojedynczo. Przenikał je ten sam zielony blask, który drżał na niebie nad ich głowami. „Widziałeś?” powiedziała Sigrun, choć odpowiedź była oczywista. Wstała wolno, otrzepując rękawice ze śniegu. „To nie jest zwykły znak.”

Sigurd nie odpowiedział od razu. Ścisnął trzonek topora tak mocno, że pobielały mu knykcie, i zrobił krok w głąb jaskini. Sigrun chciała go zatrzymać, ale coś w jego twarzy mówiło jej, że już podjął decyzję. Poszli razem dalej, mijając zwężający się korytarz, gdzie wilgoć osiadała na skale cienką warstwą lodu. Powietrze stawało się cięższe, jakby jaskinia oddychała pod ziemią. Za zakrętem zobaczyli szczelinę w ścianie. Wąską, ciemną, zbyt regularną, by mogła powstać przypadkiem. Z jej wnętrza sączyło się światło, pulsujące w rytmie, który nie przypominał ognia ani zorzy.

Na zamarzniętej ziemi przed szczeliną leżały ślady stóp. Ludzkich. Świeżych.

Sigurd uniósł topór. Sigrun poczuła, jak serce uderza jej mocniej, kiedy w ciemności rozległ się niski, głuchy dźwięk, jakby ktoś bardzo daleko poruszył stalą po kamieniu. Światło w szczelinie nagle przybrało na sile, a z głębi wypłynął lodowaty podmuch, który zgasił końcówkę pochodni. W tej samej chwili coś poruszyło się za świetlistą zasłoną.