Wędrowcy Cieni

Czworo przyjaciół wyrusza nocą do opuszczonego zamku, gdzie legenda o świetle z podziemi zaczyna brzmieć niebezpiecznie prawdziwie.

Kiedy ostatnia smuga zachodu zgasła za linią lasu, polana pod starym zamkiem zapadła w siną, wilgotną ciszę. Mgła pełzła nisko między trawami i oplatała korzenie dębu, pod którym spotkali się Marta, Bartek, Kacper i Lena. Nikt nie mówił zbyt głośno. Nawet Kacper, zwykle wiecznie rozgadany, sprawdzał tylko po raz kolejny baterię w kamerze, jakby sam jej klik miał ich zdradzić.

Legenda o zamku krążyła po wiosce od lat. W niektóre noce, mówiono, w ruinach pojawia się światło, a z podziemi dobiega coś, czego lepiej nie słyszeć. Dla jednych była to bajka opowiadana przy ognisku. Dla nich - powód, by wreszcie sprawdzić, co kryje się za zarosłą bramą i pękniętymi murami. Każde z nich miało już dość lat, by wiedzieć, że ciekawość bywa kosztowna, a mimo to nikt nie zaproponował odwrotu.

Przejście przez bramę okazało się dziwnie łatwe. Bluszcz ustąpił pod dłonią Marty, żwir zaszeleścił pod butami, a za plecami natychmiast zamknął się nocny szum lasu. W ruinach pachniało mokrym kamieniem, stęchlizną i czymś jeszcze - czymś chłodnym, metalicznym, jakby w samym powietrzu tliła się stara obecność. Bartek rzucił półszeptem, że to miejsce wygląda jak scenografia do kiepskiej opowieści, ale nawet on nie potrafił ukryć napięcia w głosie.

Wewnątrz odnaleźli schody prowadzące w dół. Kamienne stopnie były śliskie, popękane, a nad wejściem wisiała wyblakła tabliczka z ostrzeżeniem, którego Marta nie musiała czytać dwa razy, by zrozumieć sens. Kacper skierował latarkę w mrok podziemi, Lena zacisnęła palce na pasku plecaka, a Bartek pierwszy raz tej nocy umilkł na dłużej niż kilka sekund.

Im niżej schodzili, tym ciszej robił się świat. Zniknął wiatr, zniknęły ich kroki, jakby kamienie połykały każdy dźwięk. W ciasnym korytarzu, między wilgotnymi ścianami porośniętymi cienką warstwą mchu, pojawiła się wreszcie blada poświata. Nie była stała. Drżała, pulsowała, jakby oddychała razem z czymś ukrytym dalej.

Bartek zatrzymał się tak nagle, że Marta prawie na niego wpadła. Uniósł dłoń i spojrzał w ciemność przed nimi.

Najpierw dotarł do nich ledwie uchwytny szept, potem drugi, a zaraz po nim ciężki, powolny krok rozbrzmiał gdzieś tuż za ścianą. Kacper odruchowo podniósł kamerę. W tym samym momencie z ruchomego cienia wyłonił się zarys sylwetki - człowieka, a może czegoś, co tylko człowieka przypominało. Światło latarki odbiło się od jego oczu i zgasło w nich jak w głębokiej wodzie.