Wędrowcy po Świecie Zwierciadeł

Leon i Hania trafiają do ukrytego przejścia w szkolnej bibliotece i wchodzą do labiryntu luster, w którym odbicia zaczynają żyć własnym życiem.

Leon znał szkolną bibliotekę na pamięć. Rzędy wysokich regałów, skrzypiące podłogi, kurz tańczący w smużkach światła z okien pod samym sufitem. Znał nawet schowek pod schodami, w którym chował się czasem przed hałasem i ludźmi. Ale tego popołudnia przyszedł tu z Hanią nie po spokój, tylko po coś bardziej ryzykownego: stare katalogi, wycofane tytuły i tę jej uporczywą ciekawość, która zwykle kończyła się kłopotami.

To ona pierwsza zamarła. Stała między regałami z literaturą faktu i patrzyła w górę, pod szare sklepienie biblioteki. Leon chciał już rzucić, że znowu zobaczyła duchy w plamie tynku, ale wtedy dostrzegł pęknięcie. Nie wyglądało jak zwykła rysa. Było zbyt równe, zbyt świadome, jakby ktoś od środka próbował odsunąć kamień i zatrzeć ślady.

Podszedł bliżej. Zimno, które poczuł, nie pasowało do zakurzonej sali pełnej starych książek. Prześlizgnęło się po karku jak przeciąg z miejsca, którego nie powinno tam być. Gdy dotknął sklepienia, powierzchnia pod palcami lekko drgnęła. Raz. Potem drugi. Jak tafla wody udająca kamień.

Hania nie czekała, aż znajdzie rozsądny powód, żeby odejść. Wspięła się na krzesło, wyciągnęła rękę i wsunęła dłoń w pęknięcie. Szarpnęło nią nagle, jakby coś po drugiej stronie złapało ją za nadgarstek. Leon zdążył jeszcze chwycić jej kurtkę, ale materiał wyślizgnął mu się z dłoni. Hania zniknęła w szarym świetle bez krzyku, bez echa, jakby biblioteka po prostu ją połknęła.

Skoczył za nią.

Przeszedł przez chłód tak ostry, że aż zabolały go oczy, i wylądował na twardej posadzce po drugiej stronie. Nie było tu regałów ani kurzu. Tylko nieskończony labirynt luster, rozświetlony blade błękity, fiolety i złoto, które nie miały żadnego widocznego źródła. Odbijał się w nich on sam, ale nie tylko on. W jednym lustrze widział siebie starszego o kilka lat, w innym młodszego i przestraszonego, w następnym kogoś z twarzą tak obcą, że odruchowo cofnął się o krok.

Hania stała obok, nieruchoma jakby wsłuchiwała się w coś, czego on jeszcze nie słyszał. Jej twarz była blada, ale w oczach miała ten sam upór, który zawsze pchał ją za granice rozsądku.

Nie dokończyła.

Z głębi labiryntu dobiegł ich śmiech. Cichy, krótki, zbyt znajomy. Leon odwrócił głowę i zobaczył odbicie, którego wcześniej tam nie było: dziewczynę łudząco podobną do Hani, stojącą kilka luster dalej. Tyle że tamta miała ciemniejsze oczy. I uśmiechała się tak, jakby to ona ich tutaj oczekiwała.