Wianek i cień z puszczy

W Noc Kupały czternastoletnia Zosia znajduje w rzece tajemniczy posążek i podąża za świetlikami do świętego gaju, gdzie ktoś woła jej głosem brata.

Zosia miała czternaście lat i znała Narew lepiej niż własne podwórko. Umiała rozpoznać nurt po samym szumie, wiedziała, gdzie brzeg jest grząski, a gdzie można wejść do wody bez zapadania się po kolana. Tego lata rzeka była wysoka, ciężka od ciepła i zapachu traw, a puszcza po drugiej stronie stała ciemna i nieruchoma, jakby czegoś czekała.

Wieś szykowała się do Nocy Kupały. Na płocie suszyły się zioła, przy oknach kołysały wianki, a babcia od rana chodziła po izbie w milczeniu, tylko co jakiś czas poprawiając na stole garść jarzębiny. — W taką noc granica robi się cienka — powiedziała w końcu. — Nie wszystko, co cię woła, chce dobrze.

Zosia prychnęła wtedy tylko pod nosem. Nie wierzyła w każdą opowieść o leszym i rusałkach. Ale kiedy po południu, przy samym brzegu, wygrzebała z mułu mały drewniany posążek z czterema twarzami, od razu poczuła, że to nie jest zwykły kawałek drewna. Był suchy i ciepły, jakby ktoś trzymał go w dłoniach jeszcze przed chwilą. Wuj obejrzał go krótko, zmarszczył brwi i kazał odstawić na miejsce. Babcia, gdy tylko go zobaczyła, pobladła.

— Nie wnoś tego do domu — powiedziała cicho. Z kufra wyjęła wstążkę z jarzębiny i zawiązała Zosi na nadgarstku. — Jeśli coś zacznie cię prowadzić, patrz uważnie, dokąd.

Zosia chciała zaprotestować, ale wtedy zobaczyła światło. Jeden świetlik, potem drugi, potem całe ich drobne migotanie nad progiem. Unosiły się nad ziemią jak iskry, a potem, prawie niedostrzegalnie, skręciły w stronę puszczy. Zosia schowała posążek do torby i wyszła, zanim ktoś zdążył ją zatrzymać.

Noc pachniała dymem, miodem i mokrą korą. Świetliki układały się w wąską ścieżkę przez łąkę, potem przez brodę, aż wreszcie zniknęły między dębami świętego gaju. Na skraju lasu stał krąg starych kamieni z wyżłobionymi znakami, których Zosia nigdy wcześniej nie widziała. Zatrzymała się, a posążek w jej torbie nagle poruszył się ciężko, jakby coś w środku próbowało się obudzić.

Postawiła go na środkowym kamieniu. Jarzębina na nadgarstku natychmiast przygasła, a zielone światło przebiegło po znakach wyrytych w głazach. Z głębi drzew dobiegł ją głos. Dokładnie taki sam, jak głos jej brata.

— Zosiu, pomóż mi.

Zosia odwróciła się gwałtownie. Za jej plecami coś poruszyło się w mroku między pniami.