Cztery osoby spotykają się na opuszczonym strychu przy ulicy Lipowej, by sprawdzić, co naprawdę kryje się w ciemności. Z każdym wyznaniem napięcie rośnie, aż coś porusza się tuż obok nich.
Stary strych nad domem przy ulicy Lipowej od lat miał w sobie coś niepokojącego. Pachniał kurzem, stęchlizną i drewnem, które pamiętało zbyt wiele. Kiedy wiatr uderzał w dach, deski odpowiadały cichym jękiem, jakby budynek nie chciał nikogo wpuszczać wyżej.
Tego wieczoru jednak weszli tam wszyscy czworo. Marek pierwszy, z latarką trzymaną zbyt mocno, jakby sam jej dotyk miał go uspokoić. Za nim Lena, rozpalona od plotek o duchach i starych sekretach. Tomek szedł środkiem, udając obojętność, choć co chwilę spoglądał w mrok pod krokwiami. Ola weszła ostatnia i od razu zamknęła za sobą drzwi, jakby to miało powstrzymać to, co zostało na dole.
W świetle jednej żarówki zobaczyli rzędy zakurzonych kufrów, połamane ramy obrazów, kapelusze z minionych dekad, porcelanowe twarze bez wyrazu. Na środku leżał wyblakły dywan, a wokół niego stały stare zegary, każdy zatrzymany na innej godzinie. Cisza była tak gęsta, że nawet ich oddechy brzmiały obco.
Usiedli w kręgu nie po to, by opowiadać straszne historie, ale żeby sprawdzić, ile z tego, co czują, da się jeszcze ukryć. Lena mówiła pierwsza, z uśmiechem zbyt szerokim jak na tę godzinę. Marek odpowiadał jej półsłówkami, próbując nie zdradzić napięcia. Tomek żartował, lecz śmiech więzł mu w gardle. Ola milczała najdłużej, aż w końcu przyznała, że ciemność nie jest dla niej tylko ciemnością.
Wtedy, gdzieś za wielką skrzynią w kącie, rozległ się cichy szelest.
Wszyscy umilkli. Marek odwrócił głowę pierwszy, Lena wstrzymała oddech, Tomek napiął się jak struna, a Ola ścisnęła latarkę tak mocno, że zbielały jej knykcie. Szelest powtórzył się, bliżej, ciężej, jakby coś przesunęło się po deskach i zatrzymało tuż po drugiej stronie mroku.
I nagle z głębi strychu dobiegło jeszcze jedno skrzypnięcie, już wyraźnie tuż obok nich...