Wiedźmy ze Starego Boru

W mglistym sercu puszczy Zosia i Klara trafiają na chatę, której nie powinny były szukać. W środku czekają na nie kobiety, a las za plecami zaczyna brzmieć zbyt blisko.

Noc wciąż trzymała Szczęsne w chłodnym uścisku, kiedy Zosia i Klara wymknęły się z chaty bezszelestnie, jakby same chciały stać się częścią mgły. Sierpniowe powietrze było wilgotne i ciężkie, łąki leżały nieruchomo pod srebrnym nalotem rosy, a skraj Starego Boru tonął w mroku tak gęstym, że trudno było odróżnić pień od cienia.

Od dziecka słyszały, że do tego lasu nie wchodzi się po zmroku. Że Bor pamięta twarze. Że czasem oddaje to, co sam uzna za swoje. Babka opowiadała przy piecu o rusałkach, wiłach i kobietach, które znały imiona ziół lepiej niż własne dzieci. Zosia zwykle zbywała te historie milczeniem, ale tej nocy coś ciągnęło je obie naprzód z siłą trudną do nazwania. Nie ciekawość. Nie do końca strach. Raczej to niepokojące przeczucie, że jeśli teraz zawrócą, stracą coś, czego jeszcze nie umieją nazwać.

„Tam” – szepnęła Klara i zatrzymała się tak nagle, że Zosia niemal na nią wpadła.

Między pniami mignął zarys dachu. Potem ściana. Potem ciemna plama okna. Mgła cofnęła się na moment, jakby sama chciała im zrobić miejsce.

Chata stała na niewielkim wzniesieniu, schowana wśród paproci i splątanych korzeni. Była stara w sposób, który nie prosił o wyjaśnienia. Belki poczerniały od lat, dach obrósł mchem, a w szybach zamiast szkła tkwiły ciemne, nieregularne kawałki, jakby ktoś dawno temu zatopił w nich butelki. Z komina sączył się cienki smug dymu. W powietrzu czuć było zioła, sadzę i coś jeszcze, słodkawego, cierpkiego, niemal metalicznego.

Drzwi były uchylone.

Zosia poczuła, jak skóra na karku napina jej się od nagłego chłodu. W szczelinie między skrzydłami drzwi migotało światło świec. Nie jedno. Wiele. Drżały nieregularnie, jakby ktoś oddychał tuż nad płomieniami.

„Ktoś tam jest” – powiedziała Klara, choć nie było to pytanie.

Przesunęły się ostrożnie bliżej, stawiając stopy tak cicho, jak potrafiły. Z wnętrza chaty dobiegł szelest sukni o podłogę, potem niski, spokojny głos, który urwał się w pół słowa. Zosia odruchowo wstrzymała oddech.

W progu stały dwie kobiety. Wysokie, nieruchome, w długich haftowanych sukniach, które wyglądały, jakby pamiętały czasy sprzed wojny i sprzed opowieści babki. Ich siwe włosy opadały swobodnie na ramiona, a twarze, poorane zmarszczkami, miały w sobie coś niebezpiecznie uważnego. Oczy obu kobiet były jasne i czujne, zbyt czujne jak na zwykłe spotkanie w środku lasu.

Jedna z nich długo przyglądała się siostrom, po czym podniosła dłoń i skinęła na nie jednym, powolnym gestem.

Zaproszenie nie miało w sobie nic łagodnego. Brzmiało raczej jak rozkaz.

Zosia spojrzała na Klarę. Klara na Zosię. Między nimi, w tej krótkiej ciszy, zapadła decyzja cięższa niż cały las za ich plecami.

I wtedy zza chaty rozległ się suchy trzask łamanej gałęzi.